Sensacje codzienne, czyli dyplomatyka i płoty

Miałem kiedyś okazję zetknięcia się na oficjalnym obiedzie z pewnym ważnym Delegatem. Rozmowa toczyła się przy pomocy tłumaczy. Ważny Delegat poćwierkał coś do tłumacza, po czym tłumacz powiedział: „on się pyta, czy pan pisze utwory krótkie czy długie.” – „I krótkie, i długie” – odpowiedziałem. Tłumacz poćwierkał do Ważnego Delegata, który ucieszył się ogromnie. Twarz mu się rozjaśniła. Po chwili ćwierkania tłumacz powiedział: „On mówi, że u nich też piszą i krótkie, i długie utwory.” Zapanowała ogólna radość, cmokanie i kiwanie głowami. Po dłuższej pauzie poczułem, że pora na mnie. Spytałem Ważnego Delegata, z jakich stron pochodzi. „Z południa” – odpowiedział. A po chwili dodał: „U nas na południu jest cieplej, a na północy zimniej.” Wyraziłem mą ogromna radość i powiedziałem: „To zupełnie jak u nas. Na północy zimniej, na południu cieplej”. Ważny delegat długo kiwał głową, uścisnął mi rękę parokrotnie. Jeszcze chwila, a obaj popłakalibyśmy się ze wzruszenia. Bardzo to był przyjemny obiad.

(Antoni Słonimski)

Wszyscy żyją odszkodowaniami, bowiem w zeszłym tygodniu na wsi stawiano nowe słupy elektryczne, a tym samym tratowano ziemniaki, pszenicę, owies, jęczmień i kukurydzę, a także ziemniaki. Wymieniam te ostatnie dwukrotnie nie przez nieuwagę, ale ziemniaków jakoś w pejzażu sporo. Jak już budowlańcy potratowali wszystko, co tylko było można (a nie można było np. jeździć jezdnią, a nie na skos – przez pola; to tylko taka głupia wątpliwość, jakby się ktoś pytał, gdzie są jego podatki, to już mówię, że poszły właśnie na te odszkodowania całkiem od czapy) wieś zamarła w oczekiwaniu. Nie chodzi (jeszcze) o kasę, ale o samą wycenę szkód, które jest omawiana przy płotach. Kazek spod lasu dostał trzysta, a Józek spod kapliczki trzysta dwadzieścia. Ciocia B. dostała trzysta czterdzieści, zaś pawiańscy rodzice – dwieście siedemdziesiąt. Cioci B. jak nic wybiją okna, nam zaś na razie dadzą spokój, bowiem w tej licytacji nie staliśmy się obiektem tymczasowej dezaprobaty gromadzkiej.

W tym całym rozgardiaszu na razie nikt nie upomina się o królika, który nadal niezlustrowany odkrywa ogród wujostwa i rozpostarty na hamaku wchrzania marchewki pierwszej świeżości. W związku z ekscytacją odszkodowaniami liczyłam na to, że tym razem mój przyjazd przemknie niezauważony, ale (jak zawsze) nie uprzedzajmy wypadków.

Już w dwie godziny po moim przyjeździe usłyszałam donośny głos Stasiakowej:

– Dzień dobry, Pawianku, dzień dobry. Na długo przyjechałaś?

– Dzień dobry, pani Stasiakowa, dzień dobry. Jeszcze nie wiem.

– A pan Łasic nie został na dłużej? Bo widziałam jak wracał…

Łasic jest tytułowany per „pan”, pewnie dlatego, że wygląda jak młody cadyk nad Gemarą, a lud małopolski, jeśli widzi włos długi, brodę jak u starszego zbójcy, okulary i dość niekonwencjonalny ubiór podkreślony hinduską i mocno kolorową czapeczką, zaczyna być podejrzliwy. Kilka lat temu, nie kto inny, tylko właśnie Stasiakowa zapytała pawiańskiej matki, czy jej zięć to czasem nie Żyd. Matka łypnęła zza okularków i z uśmiechem wyszeptała, że nie żyd, ale agnostyk. Od tamtej pory wszyscy o Łasicu mawiają „pan Łasic” i przestał być jedynie „chłopem od Pawiana”. Myślę, że zadziałał podobny mechanizm, jak w bardzo starej anegdocie, gdy pewnej pani na przyjęciu w ambasadzie przedstawiono młodego człowieka, nazwijmy go Epescu i dodano, że jest Rumunem. Niewiasta wycmokała z nabożnym podziwem: patrzcie, patrzcie, taki młody a już „rumun”.

Na pytanie Stasiakowej odrzekłam, że Łasic w istocie powrócił do domu. Moja interlokutorka oparła się o płot i kontynuowała:

– A siostra przyjedzie na lato?

– Nie wiem…

– A nie przykrzy ci się tu?

Odrzekłam, że jest wesoło i przyjemnie. Po kilku chwilach ciszy pojęłam, że nadeszła moja kolej i przystąpiłam do pytań:

– Jak tam wnuczka, pani Stasiakowa?

– Dobrze, u komunii była teraz…

– A synową noga dalej boli?

– Jakby mniej…

– A bób dobry w tym roku? Czy dużo robaków? (nie odważyłam się na tekst „Cóż ta, gosposiu, na roli? Czyście sobie już posiali” bo byłoby to już nadużycie, a przecież nie oczekiwałam na odpowiedź „tym ta casem się nie siwo”).

– Bo ja wiem… A u was?

– Tata pokrzywami pryskał.

– Pokrzywy najlepsze…

Jeszcze chwila a obie popłakałybyśmy się ze wzruszenia, uścisków rąk nie było. Rozstałyśmy się w atmosferze zrozumienia i wzajemnej sympatii. Od piątku odbyłam dwanaście podobnych rozmów. Czuję się jak bywalec rautów w ambasadach, bowiem ćwiczę się w konwersacji lekkiej, absolutnie nieinwazyjnej. Moje zdziwienie, a wręcz lekki popłoch wywołała jedynie wymiana zdań z panem ze sklepu. Nowy jakiś jest, nietutejszy, a poinformowany jest niesamowicie, jakby przynajmniej szkolił się w GRU. Pawiańska matka twierdzi, że po tym poznaje się prawdziwych kupców (tak powiedziała, nie żadnych sprzedawców, ani sklepikarzy). Wierzę jej, ma trzeci dan w konwersacji płotowej i ja niegodna jestem czyścić jej tenisówek. O wyrafinowaniu mej maci świadczyć może fakt, że podczas takiej wymiany zdań stała się dziś właścicielką dwóch kilogramów pomidorów (od Józkowej zza rzeki). Jutro muszę przepasać swe lędźwie, zapakować ogórki do torby i wykonać małopolski potlacz płotowy. Damy im trzy kilo i tym samym przerzucimy piłkę na ich (Józków zza rzeki) połowę boiska.

PS. Tak sobie myślę, że trzeci dan mojej matki, to jest jednak niewiele, bo ona mało się udziela. Stawiam na to, że Stasiakowa ma pewnie czternasty dan, a do czołówki gminnej zbliży się dopiero za dwa lata.

Reklamy
Published in: on 07/21/2011 at 08:30  12 Komentarzy  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2011/07/21/sensacje-codzienne-czyli-dyplomatyka-i-ploty/trackback/

RSS feed for comments on this post.

12 KomentarzyDodaj komentarz

  1. To zabawne, ja też jestem agnostykiem i z upodobaniem noszę kolorowe indyjskie czapeczki, a za każdym kiedy wychodzę w nich na ulicę wysłuchuję licznych opinii o rzekomo opłakanym stanie mojego zdrowia psychicznego. Nie wiedzieć czemu niekonwencjonalne nakrycia głowy budzą w większości Polaków święte oburzenie.

  2. Bardzo ładny obrazek:) Ja zwykle dostaję pytania o pracę,czy na długo przyjechałam i kiedy odbędzie się moje wesele. Odpowiadam pytaniami o zdrowie, bo to świetnie odwraca uwagę interlokutorów od mojej osoby:)
    Czy będzie coś o psach, Pawianie drogi?

  3. Jakoś tak się złożyło, że dla psów codziennie piekę naleśniki. Oczywiście zjadają swoje jedzenie, zaś na drugą kolację wsuwają nalesniki. Tak już od trzech dni 😀

  4. O ile mnie wiedza kulinarna nie zawodzi, naleśniki chyba się smaży…

  5. Fakt, przepraszam

  6. Idę o zakład, że da się i upiec nalśniki.
    Nie popadaj Pawianie w przygnębienie 😉

  7. A czy pieskom nie zaszkodzi druga kolacja?

  8. Nigdy – to „przepadliste”, jak to się tutaj mówi, psy 😀

  9. Gratuluję opanowania sztuki rozmów… ja je nazywam: o pogodzie lub co tam-jak tam. Ja tej sztuki wciąż się uczę. A ciężko jest, ponieważ pokolenie wychowane na testach potrzebuje konkretów, rozmowa „o niczym” bywa męcząca. Dodatkowo jestem introwertykiem i… nie mam szans w tym świecie 😉

  10. o, to sztuka jest, szczególnie gdy się już z tego srodowiska wyszło, bo to jednak bariera jest. Nie dla Ciebie, dla nich

  11. Tak żałuję, że tak rzadko zaglądam w pawianowe opowieści. Powodem jest korporacyjna blokada sieci na blogi. Blokada, jak to blokada, dziurawa jest, ale na wordpress wyjątkowo szczelna. A jak człek z pracy wróci, to tyle go napada konieczności domowych…

    Za to poczytanie pawianizmów ciągiem ma wiele uroku – jakby się książkę dobrą trafiło. I bieżącej biegunki politycznej nie ma! A to bardzo odpręża.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: