Pawian zostaje bałkańskim przemytnikiem, czyli „ne znam za szto se raboti…” cz. 1

Nie działa na mnie leniwy urok prowincjonalnych miasteczek. Popołudniowe spojrzenia południowców, którzy taksują z powagą działanie koparki, dostojny krok Filipa Macedońskiego, a także dekolt Delfina Ochrydzkiego i ironiczne łypnięcia Pawiana, są zdecydowanie niezobowiązujące, chociaż dosyć uważne, bowiem w Strumicy, po prostu nic się nie dzieje. W sobotnie popołudnie, gdy mężczyźni wylegli już na ulice, by trawić mięso z grilla naszego powszedniego, wszystko może być ciekawe, interesujące, bo chociaż na chwilę odwraca uwagę od pełnego żołądka. Na mnie jednak urok leniwego popołudnia nie działa do tego stopnia, że zapieram się wszystkimi czterema kopytkami przed wejściem do lokalnej gospody wnosząc lamenty, które nie licują z godnością poważnych osób (najwidoczniej Pawian nie jest poważny):

–          Święty Naumie, święty Klimencie pomóżcie, czy my naprawdę musimy tutaj jeść obiad?

Widzę pokrywę żelu na głowie kelnera, który z pewnością po pracy wzbudza pożądanie uczesanych „na perliczkę” tutejszych szmizli w butach na niebotycznie wysokich obcasach i jest najlepszym tancerzem w dyskotekach strumickich, a także hiperrealistyczny portret szefa nad kontuarem, z zegarkiem (jak mniemam, bo jakiż) firmy Tissot na nadgarstku i… wymiękam. Filip Macedoński spokojnie popycha mnie w kierunku najbliższego stolika, kopie czule w pośladek i mówi:

–          Pawian, nie marudź, bądź człekokształtny, a nie kawał małpy. Nie jesteś w Polsce. Nie zachowuj się, jak pewien Sarmata bez sweterka.

Opięta kamizelka na brzuchu kelnera. Mężczyzna ze złotym łańcuchem na szyi, który odstawia mały palec sięgając po kufel zimnego piwa. Wypalone dziury w ciemnoczerwonej serwecie na stole. Pawian czuje się jakby nagle, ni stąd ni zowąd, znalazł się na rynku w Siewierzu, albo na przykład w Olkuszu. Swojsko, ale sierść na karku Pawiana się jeży. Ten świat, w którym wystrój wnętrz restauracyjnych zatrzymał się gdzieś w połowie lat 70. XX wieku jest jak wizja upiora pokrytego makijażem, udającego, że tętni w nim prawdziwa krew, że żyje.

Jeden mój student, drobny, czarnooki Albańczyk, powiedział kiedyś, że polskich potraw można spróbować jedynie raz w życiu. Rozumiem go, szczególnie jeśli założymy, że jadł w jakiejś zapyziałej knajpce, w której fatruszek kelnerki nie pamięta już, co znaczy pojęcie „lepszych czasów”, a wrzątek jest… ale zimny. Właśnie tego bałam się wchodząc do gospody w Strumicy. Nie chodzi o to, że pozuję na światowca i wzdragam się przed prowincją. A skądże. Jestem wsiok małopolski, z babki-prababki… Ja po prostu nie wierzę w prowincjonalną gastronomię. I tyle. Uważam także, że prowincja, jak piekło, jest stanem duszy, a nie geograficzną, nieuchronną przypadłością.

Wierzę w małe, przytulne lokale, gdzie starsze panie serwują naleśniki z własnoręcznie smażonymi powidłami. Wierzę w budki nieopodal dworca, gdzie robią najlepsze w świecie tosty z salami i pieczarkami (Bystrzyca Kłodzka), albo najlepsze lody (Jędrzejów). Wierzę w restauracyjki, gdzie każdy mebel jest z innej parafii, a półeczki wokół małych okienek zdobią serwetki robione przez ciocię właścicieli (Tyniec). Wierzę w bezpretensjonalny grill na rynku w Sandomierzu, gdzie do mojego talerza aspiruje, oprócz stada wróbli-twardzieli, miły kot z krzywą szczęką.

Nie wierzę natomiast w styl udawanej wielkości, quasi-prestiż. Nie wierzę w blichtr i brudne paznokcie, w trwałą robioną na rynku, w purpurowy obrusik z wypalonymi dziurami i lokalną socjetę na niedzielnym obiadku. W miejsca, gdzie aptekarzowa i komendantowa policji pokazują swe najnowsze kreacje uszyte przez panią Lusię, o tam… tam, gdzie w oknie sztuczne pelargonie i śliczniutki ratlerek.

Gdybym była w Alwerni, a nie w Strumicy, końmi by mnie nie zaciągnięto do tego typu lokalu. Jednak tutaj postępujemy rozważnie i wybieramy miejsce, w którym jest najwięcej osób. Zakładamy, że tubylcy wiedzą co w trawie piszczy. Zapach nie jest podniecający, nie łechce miło naszych nozdrzy. Lekko śmieszy mnie pan w czerwonym dresie, którego sąsiadem jest, wypisz-wymaluj stary K. z powieści Kuczoka. Stalowe spojrzenie, sarkastyczne uniesienie brwi, strzepuje każdy pyłek z obrusa. Jedynie, co odróżnia go od jednego z bohaterów Gnoju, to złoty łańcuch opinający szyję.

Chłepczemy z Delfinem Ochrydzkim zimne piwo, pozostawiając Filipowi Macedońskiemu głuchą zazdrość i szklankę coli. Kierowcy wszystkich krajów łączcie się w niedoli. Przeglądamy menu. W tym czasie do lokalu wchodzi naćpany chłopak o ptasich oczach, które omiatają nas chaotycznie, nie zatrzymuje ich bowiem ani na chwilę, nie skupia się na żadnym punkcie. Rozkłada na stołach obrazki z prośbą o modlitwę i datek. Gdy zbyt długo zatrzymuje się przy jakimś stoliku, wysoki, postawny kelner strzela palcami ze zniecierpliwieniem.

Po chwili, jakby po machnięciu czarodziejską różdżką, wszystko się zmienia. Podany pileszki uvijacz, odkrywa soczyste wnętrze pełne żółtawego, lejącego się kaszkawału. Kebabczi zawierają wyłącznie mięso i odrobinę zielonej pietruszki, żadnego sojowego substytutu. Nagle przestaje przeszkadzać mi odrapana wściekle błękitna ściana z naderwanym szyldem: „Cukiernia Firenze”. Nawet wypomadowany kelner z zapowiedzią przyszłego brzuszka pod kamizelką wydaje się mniej obrażony na strumickie sobotnie popołudnie.

Zaczynam się głupio czuć, że podejrzewałam to miasteczko o chęć udawania, bycia kimś innym. Czerwień moich policzków nie jest śladem dzisiejszej opalenizny, ale rumieńcem wstydu, że przestałam wierzyć w Bałkany, że dałam się zwieść pozorom, że zmieniłam się w turystę, który ocenia nowy świat wedle swoich dotychczasowych doświadczeń. Ruszam do cerkwi Vodoca i Veljusa, z nadzieją ekspiacji, z gorliwością neofity, którego przypadkowo przyłapano na składaniu ofiar starym bóstwom.

CDN.

Reklamy
Published in: on 06/20/2011 at 05:19  7 komentarzy  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2011/06/20/pawian-zostaje-balkanskim-przemytnikiem-czyli-%e2%80%9ene-znam-za-szto-se-raboti-%e2%80%9d-cz-1-2/trackback/

RSS feed for comments on this post.

7 komentarzyDodaj komentarz

  1. Co to takiego ten pileszki uvijacz? Brzmi bardzo apetycznie…

  2. tutaj jest przepis: (na pytania mogę odpowiedzieć).Prawda, że to ładny język?

  3. Dziękuję, język bardzo ładny, zwłaszcza słowo „gurmandzki” 🙂 Nie udało mi się tylko zidentyfikować mięsa. W ostatniej fazie rozbijanie ma kolor wędzonego łososia, ale to chyba fałszywy trop…

  4. Piersi kurze 😀
    A wymiar uwijacza rzeczywiście XXL, co z kolei przypomina nazwę macedońskiego girlsbandu reprezentującego kraj parę lat temu na festiwalu Eurowizji.

  5. Czyżby dziewczyny z girlsbandu miały atrybuty XXL 🙂 ?!

  6. Tu można zobaczyć

  7. 100% obciachu :)))


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: