Pawian odwiedza południowych sąsiadów

Pada deszcz. Może nie jakiś ogromny, taki zupełnie niewinny, aczkolwiek zimny, kapuśniaczek. Zakładam szal na głowę i programowo marznę, bo założyłam brawurowo, że na Morawach o tej porze roku musi być ciepło. Deszczyk jest uparty, znacznie bardziej niż ja. No to co może robić zmarznięty i przemoczony pawian rankiem, w Ołomuńcu? Czasu dużo, idę tam, gdzie mnie jeszcze nie posiali, do muzeum, do krypty. Godzina mija, druga tak samo i nadal jest jeszcze przed południem. Co ci ludzie, którzy codziennie rano wstają, robią? Jak zapełniają te poranki, te mijające godziny? Włóczą się po ulicach, jak ja? No, jeśli mieszka się w Ołomuńcu, to dlaczego nie? Wiem, wiem, mówię jak Maria Antonina o chlebie i ciastkach, wykazując empatię na poziomie pikli.

Ląduję, oczywiście, bo jakże inaczej, przed barkowym kościołem (Matki Boskiej Śnieżnej). Patrzę na jego żółte, kręcone kolumny, rozpoznaję świętych w niszach umieszczonych po obu stronach wejścia. Popijam podwójne cappuccino za, rozpusta, totalna rozpusta, 51 kč, w “Café 87”. Powoli wracam do normalnego koloru i nie jestem już sina z zimna. Przy stoliku obok siedzą studenci. Przed nimi na stole piętrzy się stos podręczników wyraźnie wskazujący, drogi Watsonie, na to, że studiują na “fizozofické fakultě” uniwersytetu Palackiego. Może ich spotkałam poprzedniego dnia, gdy z torbą także wyładowaną książkami podążałam uczelnianym korytarzem zakłopotana, ale bardziej zaambarasowana, nadrabiająca miną i głosem postawionym, jak u śpiewaczki operowej, do sali, gdzie opowiadałam o dziwnych ludziach, których zagmatwane biografie mogły pobudzać zarówno do uśmiechu, jak i do płaczu. Czy to oni składali się w rechocie wyłapując smaczki w nagromadzeniu związków frazeologicznych i słowotwórczych zmaganiach z fikającymi nogasami bohaterki pewnego tekstu?

W kawiarni, prawie wszyscy czytają. Dużo podobnych do mnie, pojedynczych, porannych miłośników literek i kawy. Jaki tam ze mnie miłośnik kawy, załapuję się do tego towarzystwa na “krzywy ryj”, pijąc ten napój pewnie ze cztery razy do roku. Tramwaje łomocą za oknem, przesłaniając co jakiś czas bryłę kościoła. Wycieczka szkolna składająca się z małych ludzików, z naturalnym w ich wieku ADHD, doprowadza do szału nauczycielkę podobną, jakby skórę zdarł, do Jiriny Svorcovej, czyli nieśmiertelnej Ženy za pultem.

Zmieniam lokal, bo następnej kawy już nie wypiję. Gdy wchodzę na rynek, złoty kogucik właśnie objawia światu, że już czas na piwo w “Postrzelonej gęsi”. Nie wiem, czy wypada je pić dwie minuty po dwunastej, czy też popełnię straszliwe faux pas, jednakże wizja Hoegaardena w oszronionej szklance jest zdecydowanie bardziej kusząca i budzi pożądanie mocniejsze, aniżeli stan zakłopotania związany z możliwością uznania mnie za alkoholiczkę. A więc proszę o moje Weissebier, tylko na litość Trójcy Świętej z pobliskiej barokowej – a jakże – kolumny, bez plasterka cytryny.

W mieście, w którym człowiek co chwilę wpada na jakiegoś kamiennego świętego, można też wpaść na anioła. Co prawda ten anioł mocno jest zbudowany i ma całkiem pokaźny nos, ale skoro w Roku diabła ustalono, że Karel Plíhal to anioł, to ja ani myślę tego negować. Podoba mi się myśl, że anioły nie są eterycznymi bytami, w zwiewnych giezłach, tylko dużymi mężczyznami z blond loczkami, pewnie z gitarą pod pachą. I nawet krzepę mają, bo jak się jest palaczem w kotłowni, to parę w łapach musi się mieć. Taki anioł, jak Karel Plíhal, to może przed diabłem bronić. Pewnie nie raz zaglądał do “Łodzi podwodnej” na grochówkę. No to niebiański poemat jest, a nie jakaś zwykła zupa. W sam raz, dla takiego kawała anioła, jak Plíhal. W ogóle, to ja się nie dziwię, że anioł-Plíhal mieszka w Ołomuńcu. Jak się widzi mieszkańców tego miasta, to człowiekowi, a także pawianowi, zaraz jakoś lepiej. Honzik, Pstrus Pampovy, czy krásná Margita, z szopą rozwianych włosów, która co prawda nie ma sweterka we pepitkę, tylko spodnie. W końcu jeden anioł to chyba za mało jak na jedno miasto. Może oni wszyscy anioły?

No i znów, tak jak ostatnio, wpadam do tego miasta całkowicie zakręcona, zajęta, zasypana papierami i obowiązkami, wykładami, wystąpieniami, tekstami… Nagle, to chyba gdzieś w okolicach takiej małej piekarni, gdzie kupiłam bułkę z serem, zaraz niedaleko koło kościoła św. Maurycego (ale zdziwienie, to gotyk, no gotyk, nie barok), przychodzi następna fala deszczu. A niech pada… Bułkę i tak zjem, będzie smakować wyjątkowo. Tak, jak zawsze smakują Morawy. No to co ja będę więcej pisać, skoro i tak wszystko jasne…

O czym donosi przemoczony – pawian przydrożny.

Przypisy:

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=2vIIih6P_jc

http://www.youtube.com/watch?v=vo-UZWjFdS0

http://www.youtube.com/watch?v=81NWZV0lGWE

 

 

Reklamy
Published in: on 10/27/2008 at 21:58  2 komentarze  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2008/10/27/pawian-odwiedza-poludniowych-sasiadow/trackback/

RSS feed for comments on this post.

2 komentarzeDodaj komentarz

  1. We wrocławski deszczowy poranek ciepło się czyta o deszczowym Ołomuńcu. W moim prywatnym rankingu miast w Czechach jest on na pierwszym miejscu! Wśród miast średnich…
    Wśród dużych pierwsza Praga a wśród małych Czeski Krumlov.

    Zaintrygowałaś mnie Pawianno tym kościołem barkowym! Czesi dość ateistyczni są ale bez przesady. Choć wiele świątyń fajnie by się oglądało z flaszeczką Gambrinusa w łapie.

    Pozdrowienia dla Ciebie i Czech!

  2. Ach, Ołomuniec…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: