Do siódmego pokolenia, czyli prześwietl swoje drzewo genealogiczne

Ojciec Wirgiliusz

uczył dzieci swoje,

a miał ich wszystkich

sto dwadzieścia troje.

Posiadanie w Polsce rodziny, przy aktywnym uczestnictwie w życiu publicznym, jest wysoce niebezpieczne, o czym wiedzą Magdalena Środa czy Adam Michnik. Można się udławić ciągle tym samym pytaniem: azaliż jestem stróżem brata mego? Warto jednak pamiętać, że zadawanie go ma niewiele sensu. Przeczytałam, że Wanda Nowicka powinna się była odciąć od synowskich wypowiedzi. A nie wystarczy, jeśli da mu szlaban na głupie książki? A poza tym, co jej do tego, chłopak jest dorosły, a co by było, gdyby dilerem narkotyków był? Przyznam, że ja jej współczuję, bo znam kilku neomarksistów – to straszne, Proszę Państwa, to straszne. Po pierwsze ci neomarksisci strasznie bredzą, cytują niespójną wewnętrznie myśl leninowską i marksistowską z ogniem w oczach, zazwyczaj totalnie bezrefleksyjnie. Ostatnio jeden znajomy neomarksista zaczął mi tłumaczyć konieczność rewolucji, kazałam mu się z roboty zwolnić, bo na razie od kapitalistycznych świń przyjmuje wynagrodzenie – obraził się. Wydaje mi się, że moje wezwanie bezsasadnym nie było, ale co ja tam wiem. Może jest w tym jakaś rewolucyjna dziejowa konieczność? Lepiej się odzywać nie będę, bo mnie czekanem w Meksyku załatwią i będę miała nauczkę.

Wedle Pawiana neomarksizm to straszne szmondactwo jest. Odgrzewane kluchy, na dodatek totalnie skompromitowane, bardzo często uprawiane przez dzieci, które kiepsko znają historię. Jeśli ktoś ma życzenie, to może mnie przekonywać, że jest inaczej, ale proszę ostrożnie, bo akurat w te wakacje przeczytałam Zizka, a potem, dla pewności, sporą cześć Marksa (bez Englesa), Lenina, Trockiego, Bakunina i wreszcie Stalina – mam na to świadków. Jak szaleć, to szaleć, po to są wakacje. Nie zamierzam się odnosić do wypowiedzi szmondactwa, bo po pierwsze znaleźć nie mogę całości (podobno już nie istnieje – mściwie dodam, że się cieszę, bo chociaż Internet to Cloaca Maxima, to jednak powinny być granice – przepraszam, że tak pryncypialnie, ale mam uczulenie na totalitaryzm w każdej postaci do tego stopnia, że wobec miłośników totalitaryzmów popieram zachowania totalitarne, a co… niech zobaczą, jak to jest), a po drugie – grzebcy w starych papierach MUSZĄ mieć tekst źródłowy, żeby się do niego odnosić. Z drugiej strony, to mam głupie skojarzenie: łatwość z jaką zamknięto Młodego Komunistę, czy coś tam, nasuwa wątpliwości o niemożność poradzenia sobie z Red Watch. Nieustającym. Na marginesie, kolejnym, dlaczego się tym nikt nie zainteresuje (pozostawiam oryginalną pisownię): W poniedziałek podczas czatu Janusz Korwin-Mikke, odpowiadając na pytanie swojego sympatyka, zachęcał bez ogródek do przemocy fizycznej wobec antyfaszystów 11 listopada. Tuziak: „Panie Januszu czy mamy mocno  bić lewactwo w warszawie?”. „Tak. Oszczędzać dzieci i kobiety!”  –  odpowiadał Korwin (http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/KurkiewiczPrzemocjuztujest/menuid-197.html)

Mocno ulubiona ostatnio przeze mnie Julia Pitera powiedziała, że za rodziców się nie odpowiada, ale rodzice wychowują dzieci – niech to wyjaśni krytykom Środy i Michnika, bo odpowiedzialność rodzinna w Polsce jest niesłychanie rozwinięta. Skoro rodzice wychowują dzieci, to są odpowiedzialni za to, co te dzieci robią? Co zrobić ze skazanymi mordercami? Ich rodziców też zapudłować? Muszę to powiedzieć pawiańskiej mamusi – niech się wstydzi, że wychowała ateistkę, feministkę i w ogóle paskudztwo jakieś. A co? Niech widzi swoje błędy wychowawcze, niech się odetnie! Niech złoży samokrytykę, a na koniec niech mnie wydziedziczy!

Proszę sobie wyobrazić, że za wszystkich parlamentarzystów polskich są odpowiedzialni ich rodzice – skoro Nowicka ma się tłumaczyć z syna, to bierzemy wszystkich w obroty. Wszyscy są odpowiedzialni, nie ma litości – no chyba, że się odetną, a czasem byłoby od czego. Śmiesznie by było nachodzić tych żyjących i pytać, jak wychowali swe pociechy. Na przykład mamę prezydenta obecnego i wyrzucać jej małe zaangażowanie ortograficzne. Albo lecieć do mamy najsłynniejszego prezesa i pytać, co on czytał w młodości i dlaczego do tego dopuściła. 

Jeśli syn wicemarszałkini sejmu popełnił przestępstwo, to sprawę wytoczyć i do pierdla wsadzić – dorosły człowiek sam odpowiada za swe czyny. Skarpetki pierze sam, prezerwatywy kupuje sam, głosuje sam, zarabia sam, a jak przestępstwo popełnia, to sprawa mamusi? Jak nie znoszę przysłów, to jedno mi się pod paluchy ciśnie – kto chce psa uderzyć, kij zawsze znajdzie.

Przypomniało mi się też, jak były minister edukacji, taki wysoki, nie musiał się odcinać od swych partyjnych kolegów zamawiających pięć piw, a w końcu jako szef partii, chyba powinien brać odpowiedzialność za tych, co składki płacą. A tak na marginesie, posłanki i posłowie, którzy chichotali przy przemówieniu posła Biedronia, jak zawsze popisali się znajomością języka polskiego i odkryli po freudowsku własne myśli. “Chwyt poniżej pasa” czy “cios poniżej pasa” są związkami frazeologicznymi pochodzącymi z języka sportowego, oznaczającymi nieuczciwe zagranie, co oczywiście jest wiadome. Przyznacie Państwo, że początek tej kadencji sejmu jest żałosny, po prostu żałosny. Pan Biedroń kojarzy się posłance Piterze… Chyba posłanka Pitera nie chciałaby wiedzieć, z czym ona mi się kojarzy. Nawet mi się nie kojarzy, to widać gołym okiem. Mam apel do posłów PO, może nie wysyłać pewnych osób do mediów, bo to mi się kojarzy z kompromitacją.

Olejnik nie wytrzymała: – Ale pani poseł, gdyby premier [...] powiedział, że to jest “cios poniżej pasa”, to pani też by się śmiała?
- Z całą pewnością by się posłowie nie śmieli. Tak się składa, że pan poseł Biedroń kojarzy się wyłącznie z omawianiem spraw dotyczących seksualności i preferencji. I w związku z tym taka była reakcja – wyjaśniła Pitera.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114884,10620604,Pitera_i_Biedron_w_TVN24__Monika_Olejnik___Ja_uwazam_.html

Do zaś…

Published in: on 11/10/2011 at 09:58  Komentarze (5)  
Tags:

Jacek Kurski versus Hanka Mostowiak, czyli puls świata i punkt widzenia

Ten, kto wymyślił wiarę i dynamit

czy widzi czemu dziś służą?

ten, który chmury rozwieszał nad nami

na jaką liczy dziś burzę?

(Marek Grechuta)

Wczoraj moje detyny, na zajęciach, zażądały minuty ciszy. Chodziło o Hankę Mostowiak. Gdy opowiedziałam im anegdotę o profesorach UJ, którzy po opublikowaniu kolejnego odcinka Ogniem i mieczem zamówili mszę za duszę Podbipięty, zachichotali, ale do serca zbytnio sobie nie wzięli. Kazałam następnie minutą ciszy uczcić pamięć Joe Fraziera. Nie mieli pojęcia kto zacz. Kazałam sprawdzić, ale pewnie tego nie zrobią. Każdy ma swoich bohaterów, jak w starej anegdotce z lat stalinowskich, gdy Józka Maciaszczyka do partii przyjmowali. Pokazywali mu portrety Stalina, Lenina i Marksa, a on nie miał pojęcia o ich istnieniu. On zrewanżował się fotografiami Janka Wójcika, Tadka Stępnia i Wojtka Kowalskiego. Zdumieni egzaminatorzy partyjni zapytali o związek, a Józek odrzekł: „Wy macie swoich znajomych, ja mam swoich”. Moim znajomym był Joe Frazier, Hanki Mostowiak nie znam, chociaż jak pokazują wydarzenia wczorajszego dnia, chyba powinnam. Śmierć fikcyjnej Hanki, a może raczej jej komediowy aspekt (w stosie kartonów), była dla sporej części społeczeństwa równie istotna, a może znacznie ważniejsza, aniżeli wczorajsze rozważania sejmowe.

Ciekawa jestem, czy polscy politycy są tego świadomi, chociaż oni zazwyczaj „mają świadomość” – tu otrząsam się z obrzydzeniem. Signum temporis widoczne chociażby w rozmowie Dominiki Wielowiejskiej z Jackiem Kurskim. Dziennikarka próbowała uświadomić, jak mi się wydaje, politykowi, że nie wokół jego decyzji kręci się świat, że jego przyszłość, zmiana barw nie jest zbyt ważna. A w porównaniu z Hanką i deklaracjami, że „dziś wszyscy jesteśmy Mostowiakami”, słowa Kurskiego, który mówi o dniu „kiedy jest samo centrum wydarzeń”  brzmią zabawnie. Abstrahując od nonsensu zawartego w jego słowach – centrum wydarzeń może być gdzieś, a nie kiedyś. Centrum wydarzeń jest kategorią przestrzenną, a nie temporalną.

Może jesteśmy już zmęczeni polityką, która jawi nam się jako przelewanie pustego w próżne? Dlatego właśnie śmierć serialowej postaci świadczy o tym, co zajmuje społeczeństwo? Co go dotyczy, co go obchodzi, co go bawi, co go interesuje? Poza garstką dziennikarzy i nieznużonych blogerów mało kto zajął się chociażby bardzo ciekawymi wydarzeniami sejmowymi. Poseł Dorn, jak zawsze, dał pokaz swej wyjątkowej kultury osobistej i językowej, a posłanka Kempa… No właśnie. Łatwiej zostać jest wicemarszałkiem polskiego parlamentu będąc przestępcą, jak odżałowanej pamięci Lepper, aniżeli będąc feministką – jak Nowicka. Trzeba było jeszcze jednego głosowania, oczywiście czysto formalnego, bo przecież nikt by nie chciał by PiS miało dwóch marszałków, ale… Przyznają Państwo, że samo wydarzenie jest interesujące i znaczące. Być może chodziło po prostu o pokazanie Palikotowi, pewnych prostych zasad. Słusznie, słusznie, ale wyszło kosztem Nowickiej. Przynajmniej została wicemarszałkinią. Gdy pojawiła się kandydatura Nowickiej ciekawie zaprezentowała się Pitera, jak zawsze złotousta. Powiadomiona przez prasę o tym, że być może Nowicka zostanie wicemarszałkinią sejmu, rzekła:

„Muszę mieć przedstawioną kandydaturę i będę się do tego ustosunkowywała. Wiem o niej niewiele, wiem że jest działaczką feministyczną, a ja nie jestem i tych poglądów nie podzielam. Nie podoba mi się ten proaborcyjny szum, który jest robiony wokół tej organizacji, uważam że obecne rozwiązania prawne są dobre i to jest ciężko wypracowany konsensus. Nie uważam, żeby do Sejmu nowej kadencji wprowadzać kolejne awantury o aborcję”.

Obiecała, że się ustosunkuje, ale swoje zdanie już miała. Nowickiej nie zna, ale też doskonale wiedziała, że jest szum, a będzie awantura. Nowicka wprost mówi o 150 tysiącach Polek rocznie dokonujących nielegalnych aborcji, o podziemiu, zaś Pitera mówi o ciężko wypracowanym konsensusie – jakże miło jest wypracować tak słodką perspektywę myślową. Jak będę dużym pawianem, też zostanę Piterą, to takie niekonfliktowe, takie miłe, takie… No dobra, wystarczy.

To oczywiście nie jest pierwsza wpadka posłanki PO. Moją ulubioną jest ta z 2008 roku – tak, tak, pawiany mają pamięć porównywalną do tej słoniowej – gdy w Dniu Tolerancji wyraziła się jasno: „Orientacja seksualna to intymna sprawa każdego człowieka. Mówiąc o tym publicznie, człowiek sam stawia siebie poza pewną normą”. I jakoś nie pomyślała, że noszenie obrączki, ślubne zdjęcia i zmiana nazwiska, posiadanie potomstwa, to też forma objawiania orientacji seksualnej. No, w sumie, o czym miała myśleć. Jej to nie dotyczy, bo jest normalna – albo za takową się uważa. Jakże miło być osobą normalną, jakże miło jest być Paszczakiem.

Duża część parlamentarzystów, a niestety parlamentarzystek też, o feminizmie nie ma pojęcia. Wandzie Nowickiej trzeba życzyć spokoju myśli i precyzyjnego sposobu formułowania zdań, bo jak wiadomo feministki są „za aborcją”. Nie wiem jak Państwa, ale mnie ta fraza doprowadza do białej gorączki, a ręka szuka u boku szpadla z najprzedniejszej stali toledańskiej. A teraz koniec rozrywek, pawian zmierza do pracy – by tworzyć kolejne szeregi słów, które przeczyta jakieś 150 osób na całej kuli ziemskiej. Ba, ale przeczytają – nie jestem ci ja tak zadufana w sobie, bym oczekiwała popularności równej tej posła Kurskiego, albo Hanki Mostowiak. Do zaś…

Jeszcze wczoraj, czyli hołubienie sierot

I w tej chwili, i zawsze mogę ujrzeć ich w wyobraźni:

W barwnych i sztywnych szatach, bladzi, nienasyceni,

Majaczą w głębiach nieba, sędziwi i niewyraźni,

Z twarzami podobnymi do deszczem spłukanych kamieni,

Z szyszakami ze srebra unoszącymi się w górze,

Z oczyma, co wciąż patrzą, krwawym Kalwarii cierniem

(William Yeats)

Każdy wypędzony z PiS jest jak nowa nadzieja polskiej prawicy – Luke, kto jest twoim ojcem? Oczywiście głośno nikt wypędzonych nie chwali, ale mam dziwne wrażenie, że mówi się o nich wręcz z czułością, z niezwykłą delikatnością, z pewnym nawet zachwytem, od czego odwykłam w ostatnich latach. Możliwe, że te uczucia i emocje związane są z nadzieją rozpadu. Oczekiwaniem na poruszenie się lawiny po pierwszych usunięciu kilku kamyczków. Z drugiej strony chyba nie o to chodzi. Wypędzeni są wrogiem własnym, na własnej piersi wyhodowanym – zaraz przypomina mi się scena z filmu Sami swoi, gdy po odkryciu Kargulowej Mućki, rodzina Pawlaków wyładowuje się z pociągu, by nie zmaronować potencjału nagromadzonego przez lata.

W polskim życiu politycznym jest podobnie. Kto pozostał po ostatnich zawirowaniach? Kto tam jeszcze zdolny do noszenia szabli? Z kim potyczka hańbiącą nie będzie? Ostatnio gdzieś przeczytałam, że posłanka Kempa słynie z ciętego języka. Musi już naprawdę być źle, skoro pojawiają się takie sformułowania. Lewica już się dawno temu przestała liczyć, bo kto by okładał tasakiem ślicznego chłopczyka? To tak, jakby ktoś wymyślił grę komputerową, w której zgromadzona broń służyłaby do widowiskowego rozwalania pluszowych misiów, a nie mutantów, kosmitów, albo zombie. Z PSL-em nikt się nie nawala, bo koalicjant i trzeba delikatnie. Palikotowcy na razie są zbyt wielką niewiadomą, by można było w nich pokładać nadzieje co do wyrazistych pojedynków. Polskie życie polityczne nie tyle opiera się nie na konfliktach, bo te są oczywiście zrozumiałe, ale na przepychankach, w związku z tym poszukiwanie wroga dziwić nie może. No może nie poszukiwanie, ale już dawno ustalony podział, w którym wiadomo, co jest czarne, a co białe, czy jakoś tak. Dlatego szkoda wypędzonych, oj szkoda. Muszą teraz znaleźć jakiś ekosystem, albo stworzyć własny, muszą wypracować sobie nową strategię, a nie jest wiadomo czy będzie ona udana. Dlatego szkoda starych, sprawdzonych harcowników.  Mnie tam nie szkoda, ale co ja się tam znam.

Pewnie każdy ma swoje powody, by rozpaczać po wypędzonych. Na przykład „Nasz Dziennik” pisze o amputacji, że najpierw łapki obcięto, a teraz wyrywają serce. Toż to jakiś krwawy rytuał, ofiara z Teotihuacán, no ale jak wojna, to wojna, nie ma się co rozczulać. Żurnalistów z „Naszego Dziennika” też rozumiem – jak w śnie interpretowanym przez Józefa są krowy tłuste i krowy chude. A im ewidentnie została już taka wychudzona krowina, bezmleczna i z egzemą. A powrót lat tłustych się nie szykuje.

Przypomina mi się historyjka, gdy w latach sześćdziesiątych XX w. na Uniwersytet Jagielloński zaproszono poetę – bodajże Jerzego Harasymowicza, jak Państwu wiadomo, niesłychanie płodnego. Studenci na spotkanie przyszli, wierszy wysłuchali, brawa bili. Po spotkaniu pewien profesor starszego pokolenia mówił zniesmaczony: „Studenci, studenci, za moich czasów to by pomidorami… a dziś brawa biją”. No, jakoś tak mi się skojarzyło. Do zaś…

PS. Muszę się z Państwem czymś podzielić – zupełnie nie związanym z tematem, ale muszę. Z cyklu: podsłuchane na ulicy:

  1. Słyszałem to z ręki Zbyszka;
  2. Założyłam sukienkę do gołych nóg. 
Published in: on 11/07/2011 at 09:10  Komentarze (4)  
Tags: , ,

Czujność, czyli tekst posiadający przynajmniej dwa dna

Jesteśmy poddani produkcji prawdy przez władzę i nie możemy sprawować władzy inaczej jak tylko przez produkcję prawdy [...] Władza nigdy nie zaprzestaje swej ingerencji, swej inkwizycji, swej rejestracji prawdy. Ona instytucjonalizuje, profesjonalizuje i nagradza jej poszukiwanie.

(M. Foucault)

Zostałam zmuszona przez siebie samą, przez konieczność dziejową, przez niesforne skojarzenia (jak zwał tak zwał) do  napisania tekstu, który do Pawiana nijak nie przystaje. Jeśli jednak można Państwa prosić o wyrozumiałość, to proszę o wzruszenie ramion i puszczenie perskiego oka w stronę tej pretekstualnej (dla pierwszego i drugiego dna) nad wyraz lewackości. 

Jak przypominam sobie pisma Marksa czy Lenina, szczególnie tego ostatniego, to często pojawiają się  tam wizje walki, rzecz jasna prowadzonej w sposób ciągły, nieustający. Są to wojny obronne przeciwko burżuazji, wojny domowe, narodowe, walki o dominację proletariatu, walki z kontrrewolucją, z odchyleniem prawicowym, z formalizmem itd. W każdej z możliwych mikrorewolucji zostają zredefiniowane pierwotne cele i stworzone zostają nowe sensy. Słusznie, słusznie, bo trzeba twardym być, nie miętkim – brak wroga rozleniwia, powoduje przyrost wagi, zawiązanie się brzucha oraz przywiązanie do luksusu, a rewolucjonista powinien być czujny, uważny i zawsze gotowy. Na dodatek, jak zauważa Kołakowski, wszelkie próby humanizowania nie prowadzą do uspokojenia społeczeństwa, ale do wzmocnienia jego żądań (w tym także z pewnością do wzmocnienia się grup opozycyjnych w obrębie łona partii, które trzeba w związku z tym trzymać w ciągłej niepewności co do przyszłych losów) – co widoczne było w okresie PRL-u, ale znacznie bardziej zauważalne w historii ZSRR. Z kolei rozprawianie się z prawdziwymi, bądź wyimaginowanymi przeciwnikami systemu stanowi realne wzmocnienie aparatu władzy oraz praktyczny sprawdzian jej skuteczności, ewentualnie jest dowodem strachu przed wzmocnieniem innych grup, a nie dowodem niemocy, o czym przekonują nas świadectwa uczestników czystek – wystarczy przeczytać książkę Szepty Orlando Figesa, a niektóre partie Wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, gdzie często powtarza się motyw słuszności władzy, absolutnego przekonania, uzasadnienia terroru, wiary w to, że władza inaczej nie może postąpić.

Slavoj Zizek w dyskusji z Agatą Bielik-Robson, który stawia karkołomną tezę, że  stalinowskie „czystki były zasadniczo reakcją wynikającą ze strachu, oznaką niemocy”, myli  się całkowicie – bo czystki są naturalną reakcją władzy planującej na przyszłość – usuwającej wszelkie możliwe kamienie ze swej drogi – bez względu na to, czy usuwane są elementy ortodoksyjne czy też nazbyt liberalne, a także te, które przedwcześnie rosną w siłę, gdy pokolenie przywódców nie jest jeszcze gotowe na podział łupów, bądź ustąpienie na korzyść młodszych członków stada. Na to ostatnie zdanie zwracam szczególną Państwa uwagę.

Wszystkie te działania, jakkolwiek nie wydawałyby się obserwatorom postronnym, bądź samym uczestnikom zdarzeń, bezsensowne służą wzmocnieniu samej organizacji hierarchicznej, partii — po prostu władzy. Oczywiście posunięcia te mogą nie przynieść pożądanych rezultatów, moglibyśmy w tym miejscu zapytać Robespierre’a czy Héberta, ale obawiam się, że nikt nie ma na składzie talerzyka do konwersacji z duchami, żeby się upewnić, co oni na to. Władza absolutna ( w tym także ta do absolutnej dążąca) zawsze jest niepodzielna, według Hannah Arendt, ważnymjest tu proces atomizacji, który pozbawia przestrzeni wszystkie elementy zbioru. Dzięki niemu przestają funkcjonować normalne relacje międzyludzkie i proces oddziaływania staje się bardziej skuteczny. Wytrącone ze swych orbit, cały czas podlegające ocenie, której podstawy nie są w żadnym razie stałe a całkowicie arbitralne, poszczególne człony w takim układzie łatwiej podlegają manipulacjom i są łatwiejsze (w tym przez strach) w sterowaniu do określonego w danym momencie celu.

Chociaż wczoraj pisałam, że tworzenie kolejnych haiku niczego nie zmieni i nadal ową tezę podtrzymuję, to jednak uważam że w interpretacjach ostatnich dni dokonywanych w mediach zapomniano o kilku, jak mi się wydaje, ważnych kwestiach, które niniejszym poruszam. Monolit władzy absolutnej, bądź dążącej do absolutu musi być niepodzielny. Przyzwolenie na ruchy odbiegające od głównego nurtu byłoby przyznaniem się do słabości, wystawieniem miękkiego brzuszka z doczepioną żółta, samoprzylepną karteczką z napisem: kopnij mnie, albo ugryź mnie. Trzeba także pamiętać o tym, że nic tak dobrze nie robi jak wyrzucenie, uciszenie, albo skarcenie wybranego elementu zbioru – reszta patrzy i wyciąga wnioski. Nie ma zupełnie znaczenia jakiej jakości są owe elementy – wybiera się najmądrzejszych lub najbardziej dociekliwych (Trocki), najpopularniejszych (Ordżonikidze), albo – jeśli ci byliby zbyt sprytni – najbardziej naiwnych i tych z długimi ozorami (Zinowiew). Możliwe oczywiście są wariacje, chociaż kombinacja – najmądrzejszy, ale z długim ozorem jest chyba oksymoroniczna. A potem reszta wiernopoddańczo klaszcze, albo przynajmniej siedzi przez jakiś czas cicho. Tak mi się skojarzyło, dzięki czemu udało mi się połączyć dwie dość głośne ostatnio sprawy.

A teraz idę pisać, aż mi paluchy odpadną. Do zaś… 

Published in: on 11/05/2011 at 09:29  Komentarze (7)  
Tags: ,

W co się bawić, czyli jak się bawić

Późna jesień:

Mój sąsiad -

Myślę o tym, jak żyje.

(wszystkie haiku: Basho Matsuo)

Ekscytacja. Wyrzucą? A może nie wyrzucą? Odejdzie? Założy? Przejmie? Zniknie? Przejdzie? Zwycięży? Zrozumie? Proszę Państwa, ale o co chodzi? Jakiś czas temu uczyłam pewną Japonkę. Moim zadaniem, między innymi, było zapoznanie jej z polskim systemem parlamentarnym. Niby wszystko było jasne, dziewczyna się uśmiechała, głową kiwała, kłaniała się wedle zasad, ale dopiero po kilku miesiącach zapytała mnie, jak to jest możliwe, że polski polityk w ciągu kilku lat może być w kilku partiach. Czy to ich nazwy się zmieniają? Czy też Polacy dość łatwo zmieniają poglądy? A jeśli je zmieniają, to czy są wiarygodni jak posłowie? Czy ktokolwiek głosuje na taką chorągiewkę na wietrze? Ależ musiałam się nakombinować, żeby na te proste pytania odpowiedzieć. Ależ miałam wtedy czerwone policzki. A kłaniając się na pożegnanie zastanawiałam się, jak ona mnie postrzega? Czy, gdy szybciutko notowała, przemknęła jej przez głowę myśl, że skoro politycy polscy są niepoważni, to jaka jest gwarancja, że ktoś ją tu czegokolwiek nauczy – wszak to naród jakichś barbarzyńców. Bez honoru i godności. Bez zasad i kręgosłupa. A moje policzki płonęły…

Ta jesień -

Stare są

Nawet ptaki i chmury.

Ilu znają Państwu posłów, którzy odchodzili z PiS, a potem wracali? Odchodzili głośno, a wracali cichutko. Proszę sobie przypomnieć w ilu partiach był już Jacek Kurski? Ile razy był w PiS? Czy jest to człowiek, który da sobie zrobić krzywdę? Nie sądzę. Co zmieni się w polskiej polityce, jeśli ZZ założy nową partię? Albo nie założy? Albo przeprosi i zostanie? Czy którakolwiek z tych opcji będzie realną, konkretną zmianą? Jakikolwiek scenariusz zostanie napisany w najbliższych dniach, czy doprowadzi on do powstania nowej jakości na polskiej scenie politycznej? Do rewolucji? Do rozbicia? Do upadku? Do rezygnacji kogokolwiek z czegokolwiek? Z mojej perspektywy, grzebacza (chociaż wolę słowo: grzebca) w starych papierach, im więcej wrzasku, pisku, kurzu wznieconego i piór wyrwanych, tym mniej zmian w kurniku. Zmiany dokonują się jednak stopami wyborców podążających do lokali wyborczych – tak przeminęło LPR, Samoobrona, Unia Wolności (choć tej ostatniej to mi szkoda, byli kulturalni, może dlatego tak mało ludzi odczuwało z nimi więź). Cztery lata do najbliższego stawiania krzyżyków to długi czas. Po co się ekscytować, trzy razy księżyc obróci się złoty… I znów będzie raz do koła. A Chińczyki trzymają się mocno. Z drugiej jednak strony, o czym mówić i pisać? Skoro wyczerpała się już formuła ekscytacji posłanką Grodzką? I możliwą wicemarszałkinią Nowicką? O Bonieckim było wczoraj, jak dobrze pójdzie, to sprawa przyschnie i zostanie zapomniany, jak zauważała we wczorajszych komentarzach iingrid – gdy przypomniała postać księdza Musiała.

Sklep rybny -

Zimne wargi

Solonego leszcza.

Haiku, jest formą poetycką określającą tu i teraz, moment, chwilę. Ponadto, chociaż prezentuje subiektywny punkt widzenia, czasem nawet pojawia się forma „ja” – ale jest ona jakby oddzielona od konkretności, od rzeczywistości. Piszemy, mówimy, zastanawiamy się dziś, co będzie – wiadomość o możliwym rozpadzie PiS elektryzuje dziennikarzy, którzy tworzą kolejne haiku na dany moment, czasem zgrabne i zabawne, jak chociażby fraza Żakowskiego nawiązująca do Wyspiańskiego, czasem tylko zapełniające kolejną szpaltę. Produkcja haiku stusześcdziesiącioznakowych na twitterze ukazuje nasz stopień zaangażowania, naszego zdumienia, zaaferowania tą chwilą, tym tu i teraz. Gdy przyjrzeć się dokładnie, ruch okaże się pozorny – napędzany jedynie wyprodukowanymi przez media czasownikami.

Burza jesienna -

Dziki przysypane

Liśćmi.

Tak, tak. Burza jesienna. Dziki obudziły się, liście je przysypują, albo wedle innego tłumacza owe dziki są przewiewane liśćmi, co chyba bardziej pasuje do obecnej sytuacji. Na przysypanie przyjdzie czas za parę dni. A jeśli odejdzie? Założy? Zbuntuje się? No to co? Stanie się kimś innym? Nagle powie, że przez ostatnie ileś lat dosypywali mu czegoś do koktajlu mlecznego? Do „zagospodarowania” jest konkretny elektorat – postulujący, oczekujący, głosujący. Cztery lata na kontredans z figurami, jedni odpadną i odlecą poza krawędź świata dysku, inni przytrzymają się mocniej, przytwierdzą swe zadki do fotelików, zakupią nowe garnitury. Bez względu na to, kto wygra, a kto przegra w PiS, jakiś czas będziemy ich jeszcze oglądać. Słuchać. Wkurzać się. A na razie… haiku.

Rok za rokiem

Ja w masce małpy -

Prawdziwa małpa.

Published in: on 11/04/2011 at 17:09  Komentarze (3)  
Tags: ,

O sztuce kreatywnego zapominania, czyli o tym jak Winston Smith stworzył towarzysza Ogilvy’ego

Słyszeliście, iż rzeczono: Oko za oko, a ząb za ząb; Ale Ja wam powiadam: Żebyście się nie sprzeciwiali złemu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi; I temu, który się z tobą chce prawować, a suknię twoję wziąć, puść mu i płaszcz; A kto by cię przymuszał iść milę jednę, idź z nim i dwie […] Słyszeliście, iż rzeczono: Będziesz miłował bliźniego twego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela twego; Aleć Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjacioły wasze; błogosławcie tym, którzy was przeklinają; dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści, i módlcie się za tymi, którzy wam złość wyrządzają i prześladują was.

(Mt 5; 38-44, za Biblią Gdańską)

Oczywiście można powiedzieć, że ksiądz Boniecki jest członkiem zakonu marianów oraz (szerzej) kapłanem Kościoła i jego głos powinien współbrzmieć z ich głosami. Teoretycznie można. Jednakże co zrobić w przypadku, gdy Kościół zapomniał o słowach świętego Mateusza? A ksiądz Boniecki jedynie próbuje przypomnieć Biblię? To taka zapomniana książeczka, którą kiedyś nazywano słowem bożym. Książeczka, która ma stanowić podstawę dla każdej funkcjonującej w owej religii osoby. Kiedyś napisałam, że w polskim Kościele mamy do czynienia ze schizmą. Myliłam się, nie po raz pierwszy i nie ostatni. To nie schizma a likwidacja duchowników, waldensów i albigensów, katarów, arnoldystów i bogomiłów. Mam teorię, dlaczego tak się dzieje. Otóż ksiądz Boniecki jest denerwujący jak jasna cholera. Dla mnie nie, ale dla sporej części Kościoła tak. Otóż proszę przypomnieć sobie Chłopów Reymonta. Występował tam ksiądz, który swoje konie spasał na cudzych polach oraz Jasio, syn organisty, który też się „na księdza” wybierał. To jest sól polskiego Kościoła – proszę sprawdzić skąd pochodzi większość polskich biskupów. Nie chodzi mi o to, że jak ktoś z prowincji, to zaraz musi być ćwok i bezumnyj. Raczej chodzi mi o możliwą ścieżkę kariery dla synów małorolnych, a nawet bezrolnych. Nie o powołanie, ale właśnie o ścieżkę kariery, zgodnie z przysłowiem: „kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie, kto ma biskupa w rodzinie, tego bieda nie zwinie”. Takich hierarchów Boniecki doprowadza do szału, ponieważ najczęściej kompletnie nie mają pojęcia o czym on mówi. Gdy Boniecki mówi o tym, żeby nie reagować agresywnie na Nergala, to oni słyszą, że on się wycofuje, że oddaje pole, że nie reprezentuje godnie kościoła. W czasie pielgrzymki papieskiej pod koniec lat osiemdziesiątych była w telewizji pokazywana wypowiedź babiny, która zadeklarowała: „Ojciec święty jest dla mnie ważniejszy niż Bóg”. Symptomatyczne? Potem poszło w dół. Słudzy panoszą się ustrojeni w biżuterię, gronostaje, wożący się sześciokonnymi zaprzęgami. A Bóg? Ich Bóg? Kto by się tam drobiazgami przejmował…

Opowiem Państwu historyjkę, która dała mi do myślenia wiele lat temu. Byłam wówczas na wakacjach, jak zwykle na wsi. Jechałam sobie autobusem z pobliskiego miasteczka, wraz z babcią Marianną, którą wraz z siatkami upchałam na jednym z wolnych miejsc. Na innych siedziały starowinki wracające z jarmarku. W autobusie ścisk, pisk prosiaków, kwakanie kaczek i trzask pękających jaj. Na jednym z przystanków wsiadł on – dobrodziej z pobliskiej parafii. Czterdziestoletni, zdrowo wyglądający, czerstwy. Samochód mu się zepsuł był. Gdy wsiadł, pierwsza staruszka z brzegu zerwała się z siedziska i wycierając je fartuchem, rzekła: „Niech dobrodziej tu usiądą”. I ten palant usiadł. Wszyscy w autobusie przyjęli całą sytuację ze zrozumieniem, poza mną i moją babcią. U nas, w tamtych czasach, bywało inaczej. Jak było, nie będę się rozpisywać, ale dopowiem, że było diametralnie inaczej. Wówczas też było różnie, ale po drodze gdzieś potracili się księża-słudzy, a zostali ci twardzi dobrodzieje. Pamiętam jednego kanonika, który skrzywił się, gdy dostał od zakonnic komżę haftowaną przez babcię Mariannę. Dlaczego się skrzywił? Bo za mało na niej było czerwonego, żeby jego powagę urzędu podkreślić. Najgorsze miało dopiero nadejść w chwili, gdy papieżem został wybrany Polak. To polskiemu duchowieństwu źle zrobiło na rozum i rozsądek. Poczuli, jakby i na nich część splendoru spłynęła, jakby jakimś nimbem otoczył ich zapach kadzidła, mirry i jakby w potylicę dostali kluczami Piotrowymi. Nadęli policzki, wypięli brzuchy i w takiej pozycji pozostali. A większość Polaków jest jako ta staruszka, z autobusu, która wobec tego dostojeństwa czuje się malutka, pełna szacunku i pokory. Jedynie zdolna szepnąć: „niech dobrodziej tu usiądą”.

Pamięć mamy krótką. W 1984 Orwella jest scena gdy Winston Smith konstruuje biografię towarzysza Ogilvy’ego: „Towarzysz Ogilvy, który nigdy nie istniał w teraźniejszości, teraz zaistniał w przeszłości, a gdy samo fałszerstwo ulegnie zapomnieniu, jego istnienie stanie się równie autentyczne i nie gorzej udokumentowane niż Karola Wielkiego lub Juliusza Cezara”. Uznajemy często stan obecny za całkowicie naturalny, niejako niezdolni pamiętać to, co niegdyś było inne. Szczególnie wówczas, gdy rzeczywistość jest szczególnie głośna i agresywna. Pogodzeni, dzięki niepamięci, z opresją, która wydaje się całkowicie logiczna i zrozumiała. I nawet przez myśl nam nie przechodzi, że to opresja. Dzisiejszy Kościół polski najczęściej jest butny, głośny, agresywny, oceniający, sądzący i narzucający swe poglądy. Niezdolny do dyskusji. Może dobrze tej instytucji robił okres PRL-u, a wolność doprowadziła do pychy? Może brak pokory, gniew, złość i nienawiść są ceną, która przyszło zapłacić za wyjście z katakumb? Nie wierzę w zmianę. Kariery korporacyjne mają to do siebie, iż trudno zrezygnować z przywilejów. Z dochodów, z pokusy posiadania. Ogólnie, jako ateistka, powinnam mieć to gdzieś. Nie mogę, bo już jest ustawa antyaborcyjna, odzyskiwanie majątku doprowadzone do absurdu oraz zakusy na in vitro. Ostatnio słyszałam, że polscy duchowni opowiadają się za pochówkiem ziemnym, nie za kremacją. Czysta magia. Domagają się ci, którzy czują, że dostaną. A cisi i pokornego serca? No cóż… To tylko duchownicy i albigensi. Wyrżnąć ich.

Proponuję drukować dwa podane przeze mnie dziś cytaty biblijne i wręczać, przy każdej okazji wręczać ludziom. Jestem niepoprawną pozytywistką. Może jak wielu przeczyta, to zacznie się zastanawiać? To taki ateistyczny mój postulat. Uczmy wierzących czytać Biblię. Dla ich dobra. Pomóżmy bliźnim.

Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?” Jezus nawiązując do tego, rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: “Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie!” Łuk. 10; 25-37

http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/2008/03/Katolicki-glos-w-twoim-domu-czyli-schizma.html

Ta pieśń to awanturka, czyli niesmak (w skrócie rzyg)

Rozpoczął się wyborczy casting na posłów i senatorów. Preferowany jest produkt polski; zbożowy lub mięsny. Mile widziani artystyczni sportsmeni, mający w oczach coś myślącego i posiadający wrażliwość na sprawy społeczne. Popierani są kandydaci uprawiający tańce ludowe, tańce z gwiazdami albo tańce na rurze. Niezbędne używanie zdań z podmiotem i orzeczeniem. W zdaniach niedorozwiniętych wymagany jest podmiot partyjny. Nie bez znaczenia na listach wyborczych jest okolicznik miejsca. Ważny też okolicznik celu, na przykład: idę po melony. 

(Ewa Lipska, Casting)

Krótko po wyborach można było odnieść wrażenie, że w polskim sejmie zasiądzie trzech parlamentarzystów: feministka, transseksualistka i gej. W porywach jeszcze wspominano, że mamy też dwóch czarnoskórych posłów. Powszechne zdziwienie było tak ogromne, jakby do miasta cyrk przyjechał i w namiotach można było oglądać połykaczy ognia i tańce z węzami oraz słonia śpiewającego arię z Toski i jeszcze żonglującego pudelkami. Gdzieś przeczytałam, że posłanka Grodzka potrafi naprawić samochód, jakie to dziwne, nieprawdaż? Na dodatek dziennikarz (lub dziennikarka – nie pamiętam) podsumowała zmagania przyszłej posłanki wyjątkowo „błyskotliwym” komentarzem, że taka parlamentarzystka to skarb – męskie zadanie i kobieca ręka. Gadać się nie chce i w sumie gadać szkoda…

Dziś słuchałam wywiadu z Wandą Nowicką. Chichocik dziennikarza, gdy zasugerowała, że jest posłanką elektą był jedynie wstępem do kuriozalnego potraktowania poważnej kobiety. Infantylne pytania na poziomie szóstej klasy szkoły podstawowej: czy wolałaby, żeby premierem został Palikot, niż Tusk, albo dlaczego minister Radziszewska chce jej dać namiot. Na to ostatnie pytanie Nowicka odpowiedziała już wcześniej, ale była to „doskonała” okazja, żeby się trochę ponabijać, w sumie to nie wiem z czego. Dziennikarza nie interesowało podłoże konfliktu feministek z Radziszewską. To nie miało znaczenia. Znacznie ważniejsze było, co Nowicka ma do powiedzenia na temat „Faktów i Mitów”. Cele partii Palikota? Zbyte jednym zdaniem. Było to żałosne słuchowisko, nastawione nie na rzetelną dyskusję z przyszła parlamentarzystką, ale ekscytacja możliwymi awanturkami, skandalikami i kłótniami.

Rozumiem, że dziennikarze mają prawo do zadawania trudnych pytań. Oczywiście, ja popieram i będę walczyć ze wszystkimi, którzy będą chcieli to prawo mediom odebrać. Jednakże czuję niesmak, gdy zamiast trudnych pytań jest egzaltacja: patrzcie, patrzcie, feministka i może jeszcze będzie wicemarszałkinią sejmu. Ooooo… jakie to dziwne.

Większość polskich dziennikarzy doskonale by się sprawdziła w lokalnym pisemku, np. „Głosie Lubuskim” (nie uwłaczając w żaden sposób temu miastu), gdzie musieliby się zajmować dziurami w moście, pijanym radnym demolującym wystawę cukierni, albo konkursem lepienia pierogów. Na poważne tematy niestety nie starcza im wyobraźni, wiedzy i kultury. Oczywiście są wyjątki, ale mało ich tak, jak oaz na pustyni Gobi.

Ci słabi ciagle lecą za czymś nowym, niczego nie kończąc. Dziś rzucają na występ Ziobry w TVN (co to oznacza?) oraz pilotem Wroną – gdzie natychmiast uruchamiają porównania z katastrofą smoleńską. Jutro będzie nowy temat, równie nieistotny, jak te poruszane, wczoraj, przedwczoraj i w zeszły piątek. Oczekiwania wobec Palikota przycichły, tak samo jak ekscytacja posłanką Grodzką, bo teraz na tapecie konflikt w PiS-ie. Nieustanny sezon ogórkowy – tematy wyciągane brudnym paluchem z nosa, bo o czymś mówić, bo o czymś pisać trzeba. Jutro pogrzebiemy znów, wyciągniemy inne równie ekscytujące wydarzenia i opinie. Jakoś mało było głosów dziennikarskich na temat obywatelskiego pomysłu całkowitego zakazu aborcji. Więcej się działo na fejsbuce, niż w prasie. No jasne, bo temat ustawy antyaborcyjnej był już parę razy wałkowany i to jest nudne. Ponadto dziennikarze jak usłyszą, że obecna ustawa, to wypracowany kompromis, to się nie zająkną, że to bzdura, ale do kajecików wklepią, a potem opublikują. Krzyż w sejmie – temat zastępczy, aborcja – temat zastępczy. To co tematem zastępczym nie jest? Protestujący Kalisz w jaguarze? Gospodarka? A kto o niej mówi i pisze? Poza stałymi rubrykami w tygodnikach społeczno-politycznych.

Może nie mam racji bowiem ostatnio słucham wyłącznie radia i rano przeglądam internetowe wydania różnych czasopism. Jednak to, co wpada mi w oko i w ucho jest niesłychanie miałkie i płytkie, powinno się znaleźć raczej na portalach plotkarskich, aniżeli w ogólnopolskich pismach. Dowód? Okładka „Przekroju” z 17 października. Ktoś mi powie, że „Przekrój” się nie liczy. Może i tak, ale ktoś to czyta, a także ktoś taką okładkę wymyślił.

Żeby było jasne – Palikota nadal nie lubię. Zdanie czasem zmieniam, bo jak wiadomo tylko krowa go nie zmienia, ale żeby taka zmiana nastąpiła, to chcę zobaczyć efekty jego ugrupowania w sejmie. Na razie jestem podejrzliwa, ale czekam i nie oceniam. Denerwuje mnie jedynie perspektywa przyjęta w dużej części polskich mediów. I tyle. Jestem staroświecką małpą i chciałabym merytorycznych argumentów, z którymi mogłabym dyskutować po przeczytaniu, albo z lubością cytować celne zdania oraz kiwać głową nad mądrością sądów i opinii. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mogą być np. Janiną Paradowską, ale chociaż trzeba próbować.

Ogłoszenia duszpasterskie na coś tam: Pawian się zrobić nowoczesna małpa i założyć konto na twitter. Po co? Pawian jeszcze nie wiedzieć, ale podobno tam bije teraz puls świata. Krótko, dosadnie i szybko. Pawian nie wierzyć, że się w tym odnajdzie, bo on lubić zdania złożone, ale… Trza być w butach na weselu. Do zaś!

Katastrofa, czyli kto powinien sobie kupić słownik

Zaraza rośnie świątek i piątek.

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

Idę w Polskę robić porządek.

(skumbrie w tomacie pstrąg)

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,10041799,_Nietakt___Dyrektor_Muzeum_Powstania_Warszawskiego.html

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,10040200,O_Powstaniu_na_Twitterze____Minister_znow_wsiada_na.html

W moim ulubionym Słowniku języka polskiego, który winien być obowiązujący dla dziennikarzy, a także dla dyrektorów muzeów słowo „katastrofa”, posiada cztery znaczenia i oznacza:

1. «wydarzenie, w którym ginie wiele osób lub dochodzi do dużych strat materialnych»

2. «zjawisko tragiczne w skutkach, obejmujące swoim zasięgiem duży obszar»

3. «całkowite niepowodzenie jakiegoś przedsięwzięcia»

4. «w tragedii klasycznej: klęska, jaką ponosi bohater, będąca nieuchronną konsekwencją splotu przedstawionych zdarzeń».

Co jest złego w tym słowie w kontekście powstania? Czy nie było wydarzeniem, w którym zginęło wiele osób i doszło do dużych, wręcz kolosalnych strat materialnych (że o innych stratach, których nie da się wycenić materialnie, nie wspomnę)? Czy powstanie warszawskie nie było zjawiskiem tragicznym w skutkach obejmującym swoim zasięgiem duży obszar kraju? Czy nie było także całkowitym niepowodzeniem? Powstanie miało także wymiar tragedii antycznej, bowiem klęska poniesiona przez bohaterów była konsekwencją splotu wydarzeń, chociażby takich: Rosjanie ustawili się za Wisłą i czekali na wykrwawienie się Warszawy, ilość broni, która posiadali powstańcy z tą, którą dysponowali hitlerowcy, brak wody w mieście, brak środków opatrunkowych i wiele, wiele innych.

Miałam jakiś czas temu napisać tekst o słowach niewłaściwie używanych, słowach wykorzystywanych z wielką dezynwolturą, o słowach zawłaszczonych o słowach zapomnianych, albo z premedytacje przemilczanych w trakcie debaty, czy jak wolę ją nazywać, pyskówki politycznej w Polsce. Nie przypuszczałam, że słowo „katastrofa” też może być na cenzurowanym.

Mam postulat, bardzo ważny, każdy człowiek, który otwiera publicznie buziunię (albo pisze) ma kupić słownik (ortograficzny i języka polskiego) i go czytać. Ma go kupić z pierwszej swej pensji  Ma zostać to zapisane w konstytucji i w kodeksie karnym. Osoby, które na żądanie odpowiednich służb mają wykazać się znajomością słownika, jak i jego posiadaniem to: urzędnicy państwowi (w tym: posłowie, senatorowie, ministrowie, dyrektorzy departamentów, a także prezydent i premier), dziennikarze (tych odpytywać co tydzień – dodaję mściwie), zarządy wszystkich partii, nauczyciele obojętnego przedmiotu i naukowcy zajmujący się obojętną dziedziną, prawnicy oraz duchowni wszelkich wyznań. Za brak słownika, albo nieznajomość haseł (pisowni i znaczenia) – kara chłosty i publiczne napiętnowanie przez nazwanie „ćwokiem”, a także kara w wysokości 50% zarobków z ostatnich dwóch miesięcy.

Może tak mniej mówienia o Polsce, prawdzie, patriotyzmie, a więcej kontaktu z językiem polskim. Skumbrie w tomacie, pstrąg! Na sam koniec zaznaczę, że Sikorskiego nie lubię, wcale nie dlatego, że „hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni!”.

PS. Na marginesie dodam tylko, że SJP podaje też: „powstanie, tych powstań, tym powstaniom: powstanie kościuszkowskie, powstanie listopadowe; ale: powstanie warszawskie a. Powstanie Warszawskie”.

Published in: on 08/01/2011 at 15:04  Komentarze (28)  
Tags:

Sensacje codzienne, czyli dyplomatyka i płoty

Miałem kiedyś okazję zetknięcia się na oficjalnym obiedzie z pewnym ważnym Delegatem. Rozmowa toczyła się przy pomocy tłumaczy. Ważny Delegat poćwierkał coś do tłumacza, po czym tłumacz powiedział: „on się pyta, czy pan pisze utwory krótkie czy długie.” – „I krótkie, i długie” – odpowiedziałem. Tłumacz poćwierkał do Ważnego Delegata, który ucieszył się ogromnie. Twarz mu się rozjaśniła. Po chwili ćwierkania tłumacz powiedział: „On mówi, że u nich też piszą i krótkie, i długie utwory.” Zapanowała ogólna radość, cmokanie i kiwanie głowami. Po dłuższej pauzie poczułem, że pora na mnie. Spytałem Ważnego Delegata, z jakich stron pochodzi. „Z południa” – odpowiedział. A po chwili dodał: „U nas na południu jest cieplej, a na północy zimniej.” Wyraziłem mą ogromna radość i powiedziałem: „To zupełnie jak u nas. Na północy zimniej, na południu cieplej”. Ważny delegat długo kiwał głową, uścisnął mi rękę parokrotnie. Jeszcze chwila, a obaj popłakalibyśmy się ze wzruszenia. Bardzo to był przyjemny obiad.

(Antoni Słonimski)

Wszyscy żyją odszkodowaniami, bowiem w zeszłym tygodniu na wsi stawiano nowe słupy elektryczne, a tym samym tratowano ziemniaki, pszenicę, owies, jęczmień i kukurydzę, a także ziemniaki. Wymieniam te ostatnie dwukrotnie nie przez nieuwagę, ale ziemniaków jakoś w pejzażu sporo. Jak już budowlańcy potratowali wszystko, co tylko było można (a nie można było np. jeździć jezdnią, a nie na skos – przez pola; to tylko taka głupia wątpliwość, jakby się ktoś pytał, gdzie są jego podatki, to już mówię, że poszły właśnie na te odszkodowania całkiem od czapy) wieś zamarła w oczekiwaniu. Nie chodzi (jeszcze) o kasę, ale o samą wycenę szkód, które jest omawiana przy płotach. Kazek spod lasu dostał trzysta, a Józek spod kapliczki trzysta dwadzieścia. Ciocia B. dostała trzysta czterdzieści, zaś pawiańscy rodzice – dwieście siedemdziesiąt. Cioci B. jak nic wybiją okna, nam zaś na razie dadzą spokój, bowiem w tej licytacji nie staliśmy się obiektem tymczasowej dezaprobaty gromadzkiej.

W tym całym rozgardiaszu na razie nikt nie upomina się o królika, który nadal niezlustrowany odkrywa ogród wujostwa i rozpostarty na hamaku wchrzania marchewki pierwszej świeżości. W związku z ekscytacją odszkodowaniami liczyłam na to, że tym razem mój przyjazd przemknie niezauważony, ale (jak zawsze) nie uprzedzajmy wypadków.

Już w dwie godziny po moim przyjeździe usłyszałam donośny głos Stasiakowej:

- Dzień dobry, Pawianku, dzień dobry. Na długo przyjechałaś?

- Dzień dobry, pani Stasiakowa, dzień dobry. Jeszcze nie wiem.

- A pan Łasic nie został na dłużej? Bo widziałam jak wracał…

Łasic jest tytułowany per „pan”, pewnie dlatego, że wygląda jak młody cadyk nad Gemarą, a lud małopolski, jeśli widzi włos długi, brodę jak u starszego zbójcy, okulary i dość niekonwencjonalny ubiór podkreślony hinduską i mocno kolorową czapeczką, zaczyna być podejrzliwy. Kilka lat temu, nie kto inny, tylko właśnie Stasiakowa zapytała pawiańskiej matki, czy jej zięć to czasem nie Żyd. Matka łypnęła zza okularków i z uśmiechem wyszeptała, że nie żyd, ale agnostyk. Od tamtej pory wszyscy o Łasicu mawiają „pan Łasic” i przestał być jedynie „chłopem od Pawiana”. Myślę, że zadziałał podobny mechanizm, jak w bardzo starej anegdocie, gdy pewnej pani na przyjęciu w ambasadzie przedstawiono młodego człowieka, nazwijmy go Epescu i dodano, że jest Rumunem. Niewiasta wycmokała z nabożnym podziwem: patrzcie, patrzcie, taki młody a już „rumun”.

Na pytanie Stasiakowej odrzekłam, że Łasic w istocie powrócił do domu. Moja interlokutorka oparła się o płot i kontynuowała:

- A siostra przyjedzie na lato?

- Nie wiem…

- A nie przykrzy ci się tu?

Odrzekłam, że jest wesoło i przyjemnie. Po kilku chwilach ciszy pojęłam, że nadeszła moja kolej i przystąpiłam do pytań:

- Jak tam wnuczka, pani Stasiakowa?

- Dobrze, u komunii była teraz…

- A synową noga dalej boli?

- Jakby mniej…

- A bób dobry w tym roku? Czy dużo robaków? (nie odważyłam się na tekst „Cóż ta, gosposiu, na roli? Czyście sobie już posiali” bo byłoby to już nadużycie, a przecież nie oczekiwałam na odpowiedź „tym ta casem się nie siwo”).

- Bo ja wiem… A u was?

- Tata pokrzywami pryskał.

- Pokrzywy najlepsze…

Jeszcze chwila a obie popłakałybyśmy się ze wzruszenia, uścisków rąk nie było. Rozstałyśmy się w atmosferze zrozumienia i wzajemnej sympatii. Od piątku odbyłam dwanaście podobnych rozmów. Czuję się jak bywalec rautów w ambasadach, bowiem ćwiczę się w konwersacji lekkiej, absolutnie nieinwazyjnej. Moje zdziwienie, a wręcz lekki popłoch wywołała jedynie wymiana zdań z panem ze sklepu. Nowy jakiś jest, nietutejszy, a poinformowany jest niesamowicie, jakby przynajmniej szkolił się w GRU. Pawiańska matka twierdzi, że po tym poznaje się prawdziwych kupców (tak powiedziała, nie żadnych sprzedawców, ani sklepikarzy). Wierzę jej, ma trzeci dan w konwersacji płotowej i ja niegodna jestem czyścić jej tenisówek. O wyrafinowaniu mej maci świadczyć może fakt, że podczas takiej wymiany zdań stała się dziś właścicielką dwóch kilogramów pomidorów (od Józkowej zza rzeki). Jutro muszę przepasać swe lędźwie, zapakować ogórki do torby i wykonać małopolski potlacz płotowy. Damy im trzy kilo i tym samym przerzucimy piłkę na ich (Józków zza rzeki) połowę boiska.

PS. Tak sobie myślę, że trzeci dan mojej matki, to jest jednak niewiele, bo ona mało się udziela. Stawiam na to, że Stasiakowa ma pewnie czternasty dan, a do czołówki gminnej zbliży się dopiero za dwa lata.

Published in: on 07/21/2011 at 08:30  Komentarze (12)  
Tags: ,

Jak to na prowincji ładnie, czyli plotki i historyjki

Między zdominowanym przez burżuazję społeczeństwem klasowym a masami będącymi produktem jego załamania się stosunki nie układały się tak samo jak między burżuazją a motłochem, który był produktem ubocznym kapitalistycznej produkcji. Masy łączy z motłochem zaledwie jedna cecha – to, że obie te grupy znajdują się poza wszelkimi układami społecznymi i nie mają normalnej reprezentacji politycznej.

(Hannah Arendt)

Kiedy przyjechał sklep-piekarnia, podobno Dereszczykowa wepchnęła się przed Pigańską. Oglądała to, a co znacznie ważniejsze, przekazała wszystkim, niejaka Suska, ale nikt nie jest pewien jak ona się nazywa, bowiem od lat nosi wdzięczny pseudonim – Sieczkarnia. Nie jest wiadome, czy chodzi o jej mocny podbródek, czy fakt, że roznosi wieści po całej wsi, bez znużenia – jakby była maszyną. Jednakże zostawmy pochodzenie gatunków endemicznych, bowiem sama opowiedziana przez Sieczkarnię historia jest dziś bardziej interesująca.

Dereszczykowa ma za złe Pigańskiej wiele, ale czarę goryczy przelało wydarzenie sprzed dwóch miesięcy, gdy Pigańska wypowiedziała się o synach Dereszczykowej, że to hołota jest. Pigańska wioski owe wyciągnęła na podstawie dość błahego wydawać by się mogło wydarzenia, gdy to mąż jej pił wino w towarzystwie synów Dereszczykowej i został pobity. Wszyscy stojący w kolejce do objazdowego sklepu o tym wiedzieli (wszak nie wypadliśmy spod ogona i mamy Sieczkarnię, notabene siostra tejże nosi pseudonim Wolna Europa, co chyba sporo nam mówi o tej familii), dlatego widząc wepchnięcie się Dereszczykowej przed Pigańską uznali, że widzą ciąg dalszy rodowej vendetty i obserwowali uważnie, aczkolwiek ostrożnie, by nie dostać się w wir procesu dziejowego.

Sklepikarz przestał w związku z tą mikroagresją kolejkową sprzedawać chleb i bułki, a nawet zawijaski z marmoladą i oparł się o samochód, wietrząc jakże miłą dla ludu małopolskiego awanturę. Kulminacyjnym puntem wymiany zdań pod mobilnym sklepem było zdanie, które jak młot uderzyło w podwaliny kobiecości Pigańskiej. Dereszczykowa, pragnąc wyrazić narosły bunt i poczucie krzywdy, popchnąwszy adwersarkę na płot wykrzyczała:

- Ty jednojajeczna! Jedno dziecko tylko masz, jałowaś taka – tu rozejrzała się tryumfalnie po zgromadzonej widowni, pewna zwycięstwa i przepełniona dumą udowodnionej płodności, dumą ośmiokrotną. Wydawało się, że po takim dictum nie ma już o czym rozmawiać. Jednakże okazało się, że nie doceniliśmy Pigańskiej, która obciągnąwszy na sobie nieco zwichrowany fartuszek wysyczała mściwie:

- Może i jedno, ale do opieki społecznej po paczki to nigdy nie chodziłam.

Dalej możecie sobie Państwo wyobrazić eskalację przemocy, krzyki, wrzaski, popchnięcia, chwyty nieczyste, których użycie na zapaśniczej macie skutkowałoby dyskwalifikacją, atawistyczne gesty i próby zdominowania przeciwniczki upierzeniem, a także werbalny doping publiczności.

Konflikty sąsiedzkie na wsi polskiej zostały sprowadzone do wymiaru groteskowego przez ciągle powtarzany w telewizji cykl filmów quasi-komediowych o Kargulu i Pawlaku. Nie mamy tradycji prawdziwej walki, jak chociażby zwaśnione rodziny na greckim półwyspie Mani, budujące domy wieżowe, z których kolejnych pięter można ostrzeliwać okolicę. A także można było barykadować się, wraz ze zwierzyną hodowlaną, w oczekiwaniu na przyjście posiłków. Strzałów już dziś nie słychać w tej części Grecji, a wysokie, kilkupiętrowe domy, straszą pustką, przywołując skojarzenia z powieści gotyckich – gdzie duchy pomordowanych nadal toczą bitwy przy świetle księżyca i przy wtórze wilków przyczajonych gdzieś na stokach pobliskich gór.

Proszę sobie wyobrazić to, że niegdyś strzelający do siebie, wyrzynający się mieszkańcy półwyspu Mani, czuli że coś zależy od nich samych, że kształtują swoją teraźniejszość, a także przyszłość. Każdy zabity po „tamtej stronie” był jednym problemem mniej, dla „naszych”, w przyszłości nie płodził potomków, którzy mogliby zasadzić się na naszą progeniturę. Fatum odczuwane było codziennie, w każdej najmniejszej decyzji podjętej czasem nazbyt pochopnie, w każdym osiodłaniu osiołka, na którym można było wyskoczyć na chwilę, w celu wizytacji stada kóz. To przeszłość, ale Grecy nadal są na ulicach i toczą walki z policją, są w opozycji wobec zinstytucjonalizowanej władzy. Broczą krwią, jak Belojannis, że o bardziej odległych bohaterach nie wspomnę.

Konflikty tutejsze ani nie mają w sobie materiału na komedię, ani na tragedię. Nie ma Pawlaka, nie ma Antygony. Te spory wyglądają raczej na przepisane, albo wręcz na streszczone w szkolnym bryku omawiającym Chłopów Reymonta. Są sprowadzone do szeregu wątków, opisów, skupiają się na obrzędowości i świętach, chustkach i zapaskach, obserwacji fikcyjnych bohaterów. Bez tej ostrej, prawdziwej siły gromady, która idzie bronić swego lasu, albo wywozi Jagnę na gnoju. Także bez tej determinacji jednostkowej, z jaką mamy chociażby do czynienia w przypadku Antka, który rozwala łeb borowemu, albo w przypadku Kuby, który nie chce iść do szpitala i odcina sobie nogę siekierą. Determinacji jednostek, które przynajmniej próbują kształtować własny los.

Sklep przyjedzie w piątek. Chyba zacznę znów czytać Chłopów.

Published in: on 07/20/2011 at 11:06  Komentarze (2)  
Tags: ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.