Pawian się kaja, czyli powrót na ojczyzny (blogowej) łono

Pawian przeprasza, kaja się mocno, ale miał powód… Nawet kilka. Nasz bohater nigdy nie był detalistą, dlatego jak się wziął za chorowanie, to mu trochę zeszło. Jakiś miesiąc, a potem była bitwa pod Sesją, walki o Egzamin, potyczki zaliczeniowe, zajścia na wale magisteriów, zamieszki recenzenckie oraz kampania promotorska. Krewni i znajomi Pawiana w końcu postanowili uciąć niezdrowy perfekcjonizm, a także pojawiające się u niego zarazki pracoholizmu, dlatego ciupasem zaciągnęli go  do Pragi. Tam została odkryta nie tylko stolica naszych przyjaciół, która naszemu bohaterowi znana dotąd nie była, ale także np. ciemny Budweiser. Powszechny tego lata deszcz nie wygnał Pawiana z miasta Jana Husa (wymawiać to trzeba Dżon Has, bo tak lepiej brzmi, szczególnie gdy człowiek to usłyszy znienacka i dostaje głupawki), nie wygnały go takoż bokserskie ceny. Praga została zdeptana wzdłuż i wszerz, że lepszymi piechurami pewnie nie były Sierotki po tym panu, którego pomnik nad miastem króluje. Jednakże katar i pokręcone kończyny zmusiły Pawiana do wycofania się na z góry upatrzone pozycje – na małopolską wieś, gdzie przez trzy tygodnie kontemplował trasy spacerowe jeży, polowanie z lisem w roli głównej, sowie drzemki pod lampą oraz psie wygłupy. Pawian udawał, że pracuje, głównie się gapił, drzemał, malował paznokcie, czytał, wąchał skoszoną trawę i zastanawiał się, co by, gdyby ewentualnie mu się chciało, mógł zrobić.
Zakończenie tego sielskiego epizodu niestety nadeszło zbyt szybko. Pawian musiał udać się w siną dal, żeby opowiedzieć spędzonej do sali młodzieży z całego świata, dlaczego język polska być taka trudna. Opowiadał tak przez tydzień. Ofiar w ludziach nie zanotowano, chociaż jeden Kazach w trakcie pawianich przedstawień namiętnie spał. A dziś Pawian jedzie powtórnie do kraju pełnego husytów. Jak wróci, to obiecuje poprawę… Skruszony powraca na blogowe łono, kaja się, czerwonym tyłkiem zaznacza swój wstyd i chyba już nie wie, jak ma się tłumaczyć.

DSCF6408

Opublikowane w: on sierpień 14, 2009 at 11:37 am Komentarze (22)

Ogryzki historii, czyli Pawian będzie pisał w swahili

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=904&w=88406650&a=88469405

Po jakiemu pisać Pawian? To jasne! Po pawiańsku. Przecież nie będzie, jako ta żyrafa mlaskał, albo jako goryl wrzeszczał. Pawiany mówią i piszą po pawiańsku i sprawa wydawałaby się prosta, a wcale taką nie jest. Oczywiście, że filolodzy czytają w różnych językach, bo w końcu znają i znać powinni współczesne metodologie. Jednakże, jeśli chodzi o polonistyczne poletko, to MY jesteśmy zarządzającymi ogródkiem i jeśli ktoś chce pisać na temat Norwida, Andrzejewskiego, Hłaski czy Tokarczuk, to chyba bardziej zrozumiałym jest fakt, że nawet tworząc w Tobruku czy w Nebrasce będzie pisał po polsku, aniżeli we współczesnej lingua franca. Literatura pisana po polsku, a badacze mają to opisywać po angielsku? A to zmusić tych wszystkich pisarzy, żeby od razu pisali językiem Szekspira. Wtedy zaś wszystkie filologie narodowe staną się anglistykami. Przyjedzie walec i wyrówna. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, nowoczesnymi, to mamy pisać po angielsku. Uprawiać polonistykę po angielsku. Bo to teraz modne. A poza tym, jeśli tego nie zrobimy, to będziemy na marginesie światowych badań. Otóż światowe badania polonistyczne dokonują się po polsku, bo w tym języku Leśmian pisał o dusiołku czy o dziewczynie, co miała w sadzie strój bogaty, malowany w różne światy. Dyskusja językoznawcza dotycząca Chłopów, czy Reymont używał konkretnej gwary, czy też stylizował, w fachowej polskiej prasie toczyła się z małymi przerwami prawie 40 lat.

Mówimy o słowach takich jak na przykład “spolegliwy”, “samotrzeć”, “listonosz” i Pawian przyzna się, że ogólnie ma w czerwonym zadku, jak brzmią ich angielskie odpowiedniki. Bo tu nie o to chodzi, żeby informować świat po angielsku, że ostatni z tych wyrazów w polszczyźnie znalazł się po ankiecie przeprowadzonej pod koniec XIX w. Ja to wiem, Państwo to wiedzą, a jak świat będzie musiał, albo chciał, to doczyta. Po polsku. Bo ja nie jestem anglistą-polonistą, tylko literaturoznawcą – specjalizuję się w literaturze polskiej. Nie stoję okrakiem na barykadzie, nie wymachuję czapką krakuską i kosą osadzoną na sztorc, ale dostrzegam pomieszanie z poplątaniem. Bo Pawian zajmować się będzie powieściami np. Gawalewicza po angielsku? A po co? Proszę zajrzeć do naszych pisarzy oświeceniowych, którzy wyśmiewają ówczesną nadwiślańską modę, by we wszystkim naśladować Francuzów. To już było.

Tekst napisany po polsku. To jest sednem zainteresowania tych wszystkich wariatów zafascynowanych zbutwiałymi najczęściej papierami, w tym także Pawiana (tu ukłon w stronę szanownej publiczności). W Polsce zaś jesteśmy filologią narodową. I Proszę o tym pamiętać. FILOLOGIA NARODOWA. Tak się przed wiekami ułożyły sprawy, że ja po polsku, a Honza po czesku, Waniusza zaś po rosyjsku, zaś Istvan – po węgiersku. Czasem, żeby się między sobą dogadać mówiliśmy po łacinie, czasem po francusku, czasem po włosku, a teraz mówimy po angielsku. I pięknie. Natomiast, jeżeli pewien pan zagraniczny chciał pisać o Rękopisie znalezionym w Saragossie, to publikował w “Pamiętniku Literackim”. Inny pan, też zagraniczny, tamże opisywał swe wnioski po lekturze Berenta. A dziś pewien pan organizuje PO POLSKU konferencje dla polonistów w Szwajcarii. I pisze po polsku, chociaż ma leciutki teutoński akcent (samo sformułowanie jakby oksymoron, przyznacie Państwo), ale mówi pięknie. Pewien pan z Japonii, to mnie i moich znajomych pyta o zapomniane synonimy pewnego niezbyt często używanego wyrazu, a nie np. profesora Smitha z Oxfordu. Bo to ja i tacy jak ja jesteśmy odpowiednimi osobami. I nikt nam nie podskoczy, chociażby zjadł wagon kaszy i popił cysterną mleka.

Tak, Pawian się nadyma, ale właśnie został mocno dotknięty. To znaczy, że Głowiński ma napisać ponownie swoją książkę o Leśmianie po angielsku? I tę o powieści młodopolskiej też? A na cholerę, Pawian grzecznie pyta, chociaż już zaczyna ostrzyć toledański szpadel? Znaczy jeden z najwybitniejszych polonistów ma tracić czas i tłumaczyć? Zamiast pisać? To kim on jest? Naukowcem, czy współczesną odmianą kopisty? Swoje na inne? Z polskiego na nasze? Wolne żarty, czy nie szkoda marnować sił i talentu Profesora?

Przecież polonistyka zajmuje się tekstami, które zostały napisane, albo wygłoszone po polsku. I jeśli studentka z Japonii, jak się to Pawianowi zdarzyło, będzie chciała pisać pracę o języku Wałęsy, to przyjedzie tutaj, a nie na uniwersytet w Brighton. Bo ją interesują polskie słowa i dlatego studiuje polonistykę w Tokio (z epizodem w kraju nad Wisłą), a nie anglistykę w Londynie. Jak Pawian chce zjeść bułkę, to idzie do piekarni, a nie do młyna, albo pod silos zbożowy.

Zawsze musimy po swojemu, głupio, ale po swojemu. Francuzi nawet w słownictwie komputerowym używają własnych słów, a nie kalk z angielskiego. My zaś badania nad gwarami polskimi mamy prowadzić po angielsku. Żeby było światowo. Światowość i prowincja, to stan duszy. Jeśli tak założymy, dziś, urzędowo, to właśnie tak się stanie i będę pisać o stylizacji u Tetmajera po angielsku. A studenci z naszego uniwersytetu, będą mogli przeczytać moje artykuły i książki… po angielsku. Pawian teksty swoich kolegów i koleżanek przeczyta także po światowemu. A jakże. To wykładajmy też po angielsku, a w związku z tym zamiast po polsku, wszyscy będą mówić w pinglish (co i tak ostatnio zbyt często się zdarza, nawet w misyjnych mediach), a mowę polską usłyszymy tylko u szewca, kafelkarza, hydraulika i tych wszystkich ludzi, którzy studiów nie skończyli. Pawian zamiast jechać na Bałkany i trudzić się wraz z tamtejszymi polonistami nad złotymi łabędziami rozbłękitniającymi się w hymny stanie się lektorem angielskiego.

Słowników poprawnej polszczyzny tez nie wydajmy, tylko od razu i wyłącznie: polsko-angielskie. Słownik Lindego? Przetłumaczyć. Kochanowskiego? Tłumaczyć, niech się dziatwa uczy, jak wielkim angielskim poetą był. Dodać należy na marginesie, że chociażby to ostanie tłumaczenie jest. Tak samo jak tłumaczenia utworów Borowskiego, Białoszewskiego i innych. I nasi koledzy wykorzystują je na uczelniach zachodnich. Z pożytkiem dla wszystkich tych, którzy są zafascynowani szeleszczącym językiem. I dla tych, którzy co roku przyjeżdżają tłumnie do szkół języka i kultury polskiej rozsianych po naszym kraju.

Filologia narodowa ma się zajmować ochroną i upowszechnianiem języka, który bada. Pawianowi nie chodzi o zamknięcie na świat. Bo oczywiście, dlaczego nie tłumaczyć, można, a nawet trzeba – ale najpierw trzeba pamiętać o tym, że germaniści w Niemczech i italianiści we Włoszech piszą w swoich językach. Dla ochrony i upowszechnienia własnego języka. Po to właśnie oni są. To nie są anglistyki o literaturach i językach regionalnych świata anglojęzycznego. I nie karać badaczy, za to, że piszą w swoim własnym języku. Prowincja jest w nas, jeśli tylko tak założymy. A literatura polska i język polski, to nie jest żadna prowincja. I świat o tym wie. Szkoda, że tego nie widzą nasi urzędnicy i zachowują się w opisany w literaturze polskiej sposób:

“Mój Boże, mówiła pewna szlązaczka do turystów, czy też studentów wrocławskich, tacy porządni panowie i mówią po polsku!”

(Wacław Nałkowski, Jednostka i ogół: szkice i krytyki psycho-społeczne)

Pawian jest zniesmaczony sytuacją i wychodzi po angielsku… Na Słowację.

Opublikowane w: on grudzień 12, 2008 at 6:12 pm Komentarze (11)

Międzynarodowy dzień tolerancji, czyli o powszechnej Sodomce z Gomorką

 Miliony Polaków, którzy nie zawsze mogą wylegitymować się regularną metryką ślubu, chodzą w gaciach po mieszkaniach, w których to mieszkaniach wisi często popiersie Szopena oraz młodzież.

(K.I. Gałczyński)

Pawian ostatnio jest jak ten człowiek, któremu rabin kazał kupić sobie kozę. Pawian ma chyba całe stado kóz, bo pasie je od rana do wieczora i nie ma pojęcia, co w trawie piszczy. Wrócił jednak do domu, kozy oporządziwszy i czyta mail, z którego się dowiedział, że jest Dzień Tolerancji. Na blogu podczytywanym (w przypisach) znalazł link i słowa, które go mocno zastanowiły. Słowa te pasują, jak pięść do nosa, w dniu tolerancji.

Pani Julia Pitera wyraziła swoje zdanie niefrasobliwie, jakby w ogóle żyła na jakiejś planecie, gdzie ludzie są aseksualni. Pawian zacytuje:

“Orientacja seksualna to intymna sprawa każdego człowieka. Mówiąc o tym publicznie, człowiek sam stawia siebie poza pewną normą”.

Polski system gramatyczny nie pozostawia wątpliwości, co do orientacji seksualnej pani Pitery, a ona zgrywa naiwną? Czy też nie jest świadoma słów, które codziennie wypowiada? Jeśli ktoś mówi, że ma dzieci, to chyba nie oznacza to procesu pączkowania, czy też wziętych z Huxleya butli, tylko jest to materialny dowód na uprawianie seksu, a tym samym upublicznienie go w osobie synka lub córeczki. Wniosek? Wszyscy posiadający potomstwo ustawiają siebie poza normą, bowiem w miejscach publicznych winni mówić, że to nie ich bachor, tylko jakiś cudzy wytwór seksualny się do nich przyplątał. No, bo przecież, jak się przyznają, że bejbis jest ich, to zaraz wyrażą cos intymnego. Och, będą mówić głośno o orientacji seksualnej. Jakie to niesmaczne, tak głośno mówić, że ma się dzieci – zezwierzęcenie, tak głośno i wyraźnie objawiać, że się coś w pościeli majstrowało?

Jeśli ktoś mówi, że ma męża lub żonę, to chyba właśnie znaczy to, że zadeklarował orientację seksualną. Nieprawdaż? Nie oznacza to uprawiania seksu, bowiem istnieją białe małżeństwa, ale jeśli z kimś idzie się do kościoła, urzędu, to właśnie oznajmiło się światu swoją orientację. Biorę sobie ciebie, obrączki wymieniamy, a tu się okazuje, że to poza normą. Rosół na przyjęciu weselnym stygnie, a para młoda w nogi, jak zatuszować nietatkt potworny wyjawienia publicznego orientacji seksualnej? Nie będzie fotografa, picia ze związanych kokardką kieliszków. No bo jak? Tak się przyznać przed całą rodziną do orientacji seksualnej? A ten gromadny wrzask: “gorzko”, którego się rodzinka bezwstydna domaga, zmuszając nowożeńców do objawienia tej orientacji, do postawienia się poza marginesem normy społecznej? A ta obrączka na paluchu, to co ma być? Zdejmuj ja zaraz, ty zboczeńcu jeden z drugim, ty potomku markiza de Sade. Jak ci nie wstyd objawiać światu swoją orientację? No jak? A do kąta, ty pozanormatywny świntuchu…

A końcówki nazwisk żeńskich? Pawian myśli szczególnie o tych zakończonych na –owa i – ina? Pani Pawianowa na przykład od razu pokazuje światu, że ma męża Pawiana. A taka pani Pylina? Żona pana Pyła? W dowodzie ma to proszę państwa, w dowodzie. W urzędowym dokumencie – bezwstydnica jedna ujawniającą orientację. Tak pokazuje prawo jazdy policjantowi, dowodzik, a w nim co? Od razu policja wie, że ona hetero. Jaka potworność! Że takie niemoralne kobiety chodzą po tej ziemi i żadna kara ich nie spotka, to wstyd i hańba. Powinni tego zabronić. A w domu, pewnie w salonie ma, ach, nie wiem, czy mi to przejdzie przez klawiaturę, bo to straszne świństwo. No, ale powiem. Zdjęcia ma, za przeproszeniem ze ślubu. I dzieci na to patrzą. Czy Państwo są w stanie wyobrazić sobie to ogólnopolskie bezeceństwo codziennego ujawniania swej orientacji seksualnej? Przy obiedzie? A nawet w czasie duszpasterskiej wizyty?

Pawian nie chce być wulgarny i brutalny, ale już chodzenie za rękę, całowanie się, szczególnie takie, gdy chłoptaś w pubie sprawdza, czy jego dziewczyna nie ma trzeciego migdałka, to jest naprawdę straszne. Idą sobie i ujawniają. Ot tak, bez zastanowienia się, bez refleksji, łażą i ujawniają. A literatura? Tadeusz Zosię kochał… A tam, taka ich miłość. Ujawniają trzynastozgłoskowcem typusy zbereźne.

Z tej całej Sodomy wychodzą jedyni sprawiedliwi – homoseksualiści. Bo im nie wolno mieć aktu małżeńskiego, nie wolno im mieć dzieci. No to i ujawnić nie mogą. Niech się teraz pani Pitera weźmie za tę całą bandę heteryków, żeby nie ujawniali, no bo wstyd. Norma jest, no nie? Żadnych obrączek, nazwisk wspólnych, dzieciaków też. Odbierać tym ujawniającym. Od razu. W momencie. Bo jeszcze dzieci przesiąkną i tez będą ujawniać patologię, że mają orientację seksualną, a na to, w kraju Szopena, Mickiewicza i Jana Pawła II z pewnością nie można pozwolić. No bo jak to tak? Poza normą?

Niech tam mają ci ujawniający heterycy swój dzień tolerancji, ale bez przesady. Porządek musi być. Dobrze, że mamy Piterę. Ona raz-dwa ukręci łeb temu ujawnianiu orientacji seksualnej.

Czego domaga się z całą stanowczością – Pawian przydrożny!

Przypisy:

http://abiekt.blogspot.com/  

http://www.pardon.pl/artykul/6899/polska_para_roku_to_dwoch_panow_w_tym_raczek_szok

Opublikowane w: on listopad 20, 2008 at 10:49 pm Komentarze (33)

Pawian w sprawie in vitro, ale bardziej w sprawie teologów

 

 

Pawian czyta sobie gazetkę rano i nagle widzi, że w komisji zajmującej się przygotowaniem dla premiera materiałów w sprawie in vitro znajdują się teolodzy, a także przedstawiciel episkopatu. No i go ruszyło. Zaczęło się jak w kreskówce o misiu Yogi, gdy ten obudziwszy się na spłaszczonym na placuszek Bubu, któremu tylko łapki wystawały, rzekł:

     

  • Położyłem się spać niedźwiadkiem, a obudziłem ośmiornicą.
  •  

Dokładnie tak samo pomyślał Pawian, że położył się spać jak to zawsze we własnym laickim łóżeczku, a obudził w jakimś wyznaniowym. Ja oczywiście rozumiem poglądy chrześcijańskie, że to wolno, a tamtego w ogóle. Sam Pawian też jest pryncypialny i to straszliwie, rzec można, że Pawian bywa dogmatyczny. Jednakże, myśli sobie, że jeśli katolikom in vitro nie wolno się poddawać, to co jemu do tego? Ich małpy, ich cyrk. Tak samo, jak im nic do tego, że Pawian jada kiełbachę w piątek, nie płakał po papieżu oraz to, że jest przeciwny ustawie antyaborcyjnej. To znaczy po prostu, że moja wolność nie może zakłócać ich wolności i na odwrót. Pawianowi nie wolno wyśmiewać się z Ducha Świętego, rekolekcji, niepokalanego poczęcia, chrztu i kartek do spowiedzi. Granice są jasno wytyczone, a przynajmniej powinny takie być. Pawian rozumie także misję ewangelizacyjną, bo wierzący mają prawo chcieć go nawrócić. Co prawda Pawian widzi trochę bezsensu w tym wszystkim, bo po Soborze Watykańskim II, wiadomo że zbawienie nie musi się dokonać w łonie Kościoła. W związku z tym Pawian prosi grzecznie, żeby dano mu szansę na ewentualne, hipotetyczne zbawienie, jeśli tak trudno niektórym wytłumaczyć, że ktoś nie ma ochoty, w sposób niezrzeszajcy. Ten myk soborowy, to taki zakład Pascala, ale w drugą stronę.

Wracając do wątku: ma być z obu stron dobra wola, miłość bliźniego (obojętnie jak nazwana), zrozumienie, koegzystencja, tradycja polskiej tolerancji wyznaniowej i takie tam… Na razie wszystko jasne, nieprawdaż?

W każdym razie komitet, który pracuje dla premiera i rządu stworzył dwa warianty tekstowe. Pawian uważa, że ten restrykcyjny, to należałoby wyrzucić na śmietnik… Nie, Pawian nie jest aż tak restrykcyjny. Można ten wariant ogłosić w czasie niedzielnej mszy, jako obowiązujący wierzących. Natomiast stworzenie prawa powinno się obejść bez udziału teologów i bez episkopatu.

No bo z jakiej racji? Co do medycyny ma teolog? To tak, jakby Pawiana zapraszali do prac komisji energii jądrowej, albo do komisji prywatyzującej szpitale. Pawian się nie zna, dlatego nie uważa, żeby miał cokolwiek do powiedzenia w tych sprawach i poza tym uważa, że zatrudnienie go we wspomnianych ciałach byłoby ze szkodą dla społeczeństwa. Proszę mi zatem wyjaśnić, dlaczego teolog zajmuje się podziałem komórkowym: mitozą i mejozą? Macicą i tym, komu jajeczko się należy, a komu nie? I co do tego ma małżeństwo? Co jakiś teolog ma do Pawiańskiej macicy, hę?

No właśnie. Położył się Pawian w całkowicie świeckim łóżeczku, a budzi się… in odore sanctitatis, a nikt go nie pytał, czy ma na to ochotę.

Pawian po prostu nie rozumie, dlaczego zmusza się nawet niewielką ilość obywateli do przestrzegania norm, które są sprzeczne z ich normami? Przecież ja nie zmuszam katolików do wyparcia się Chrystusa trzykrotnie, zanim zapieje kur. Proszę jedynie o podobną tolerancję z ich strony. I Pawian nie rozumie, dlaczego demokratycznie wybrany rząd, tworzy komisję, która za MOJĄ kasiorę dyskutuje nad tym, czy komórki macierzyste mogą być potencjalnie zarodkiem. Toż to dyskusja żywcem przypominająca spory o tym, ile aniołów na główce szpilki się zmieści.

Prawo w demokratycznym państwie nie może uznawać racji wybranej grupy społecznej. A w tym wypadku sprawa jest prosta: ateiści niech robią co chcą, a wierzący – nie. Sprawa załatwiona. Na dodatek wspomnieć należy, że mieszkamy w kraju, w którym co czwarta starająca się o potomstwo para ma kłopoty z zajściem w ciążę. Na dodatek jest to państwo, w którym ciągle ktoś bredzi o dzietności, prorodzinności i tym podobnych nic nie znaczących neologizmach. W kraju, w którym stworzono restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, żeby się detyny rodziły.

No czyste myślenie magiczne. To, kto urodzi te dzieci? Teolog? Przedstawiciel episkopatu? A może się pojawią w nagrodę za ślicznie skomponowany dokument prac komisji? Sprawa nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie czarnowidztwo Pawiana. Jak już zaproszono do dyskusji teologów i episkopat, to cała rzecz – ja bardzo przepraszam – śmierdzi. Coraz częściej w Polsce ustawy robione są dla wierzących, z punktu widzenia wierzących, przez wierzących, a inny punkt widzenia jest aberracją i wyznacznikiem cywilizacji śmierci. Chociaż tego, czy rzeczywiście wierzący mają coś z tym wspólnego, to Pawian nie jest pewny i przypomina o kiedyś zadekretowanej malkontenckiej tezie, że mamy schizmę.

Pawian uprzejmie przypomina, że chociaż demokracja jest rządami większości, to jednakowoż mniejszość nie może czuć się w tym ustroju represjonowana. A Pawian się czuje, właśnie z powodu wszędobylskiej obecności przedstawicieli jednego z kościołów w ciałach ustawodawczych i pomocniczych. Pawian by wolał, żeby, jak przed wojną, duchowni zasiadali w sejmie i senacie. Żeby głosowali, żeby przedstawiali swoje racje, żeby protestowali. Pawian by wręcz tego pragnął, bo wtedy by było uczciwie. A nie tak, jak do tej pory: pokątnie i zza węgła. Teolog i przedstawiciel episkopatu doradzają, a potem mamy religię w szkole i brak etyki, religię na maturze, ustawę antyaborcyjną, a teraz jeszcze w planach zakusy na bezdzietnych. I ta powszechna zgoda na ich obecność. Po prostu – w zespole zasiadają prawnicy, biolodzy, lekarze i teolodzy. Proste straszliwie. Teolog staje się autorytetem naukowym w sprawach medycznych, ale dodać należy, że tylko tych macicznych. Bo jak Pawian żebro miał złamane, to żadnego teologa za parawanem u chirurga nie widział.

Pawian po prostu nie rozumie, dlaczego ma żyć wedle norm religijnych, jeżeli wystarczyłoby powiedzieć wierzącym na mszy, że Kościół jest przeciwny tego typu zabiegom. I wierzący by ich nie robili. Nieprawdaż? Tak samo, jak nie stosują antykoncepcji hormonalnej. Dla Pawiana sprawa jest prosta jak koci ogon. Moje zasady – ich zasady. Po prostu Pawian nie życzy sobie, żeby ich zasady stały się jedynymi możliwymi.

O czym donosi – zniesmaczony i zdegustowany laicki pawian przydrożny…

Przypisy:

 

http://wyborcza.pl/1,75248,5859661,In_vitro__Restrykcyjnie_czy_pragmatyczne_.html

 

 

http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/2008/03/Katolicki-glos-w-twoim-domu-czyli-schizma.html

 

Opublikowane w: on październik 30, 2008 at 12:14 am Komentarze (17)
Tags: ,

Pawian zastanawia się nad życiem płciowym i nic z tego nie wynika

“Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką. To chyba od razu widać z imienia. Mam siedem lat, wkrótce skończę osiem…” Tak zaczynały się Dzieci z Bullerbyn. Nie mam na imię Lisa, nie jestem dziewczynką, po moim imieniu – pawian – to niczego nie widać, a co do wieku, to w średniowieczu już bym nie żyła. Z różnych powodów.

Moja skóra chce pić. Jak nie dostaje, to od razu jest wymięta, a pod oczami formuje mi się siateczka. Usłyszałam w robocie, gdy na ową przypadłość się poskarżyłam, że każda zmarszczka kobieca, to znak tysiąca orgazmów. Całe moje życie zapisane na skórze zostało sprowadzone do jęków, wrzasków i popiskiwań pościelowych. A to ci heca! Powinnam się cieszyć z ich istnienia, ale natychmiast dopada mnie przewrotne pytanie, jakie zmarszczki miała święta Teresa z Avila, która ciągle pisała o rozkoszy. A czy zmarszczki miała żyjąca w czystości Kinga, żona Bolesława Wstydliwego? Jeżeli je miała, to chyba Bolesław nie powinien być zadowolony. Na dodatek z pewnością nie powinna zostać świętą, bo te orgazmy-sieroty, doznawane nie bardzo wiadomo z kim, ją dyskwalifikują.

Zastanawiam się nad złożonością związku między liczbą orgazmów, a zmarszczkami świętych, jednocześnie poszukuję kluczy w przepastnej torbie (przyborniku hydraulika doskonałego) i wreszcie znajduję w jej czeluściach jedynie stary papierek po gumie do żucia, karteczki ze zdaniami po macedońsku i kilka grubych książek. W tych książkach nikt nie wie, dlaczego święte mają zmarszczki. Poza tym, czy ktoś się debatuje nad faktem, czy Emilia z Nad Niemnem je miała? Albo Kirłowa? Zawsze zastanawiałam się, co tą ostatnią trzymało przy mężu-idiocie. Może właśnie seks? Orzeszkowa nie pisnęła ani słowa na ten temat. A szkoda. U Sienkiewicza Oleńka chodzi po sadzie pełna słodyczy i błogosławieństwa, Helena strzela obrońcami ojczyzny jak pepesza, a co z orgazmem? Oczywiście, nie ma nań co liczyć, bowiem Sienkiewicz zasugerował, że o pewnych rzeczach ani się nie mówi, ani się nie pisze. Co prawda o układanych trupkach wokół krucyfiksu, to i owszem, podobnie z jelitami przybijanymi do drzewa, że już o takich detalach nie wspomnę, jak wydłubywane świderkiem oko, czy męczący się ukraiński poseł na palu.

Jednakże wracając do tych zmarszczek pawiańskich to wiemy, jak można się ich pozbyć. Wystarczy zajrzeć do jednego z czasopism kobiecych, by przeczytać, że po użyciu specyfiku sporządzonego ze śledziony kanarków, napletków wielorybów i oczu pluszowych misiów, zmarszczki znikną. Nawet 60%. Co? Mam się pozbawić 60% procent przeżytych orgazmów? Nie mówię o nich, ale pokazuję je na skórze? A potem mam je bezlitośnie zetrzeć?

Szukając kluczy, patrzę na staruszki siedzące na skwerze. Co mogą mówić?

- Zobacz jaką Helka ma gładką skórkę…

- A dobrze jej tak, to szuja, przynajmniej nie miała satysfakcjonującego życia płciowego…

Założę się ogonek Kluski, że takie zdanie nie padnie, nie wypowiedzą go. Foucault pisze o tym, dlaczego nie mogą tak postąpić. Wykastrowane z możliwości zwerbalizowania własnych przeżyć. Kulturowo. Karmią gołębie i rozmawiają o wnuczętach. O dzieciach… Właśnie. Dzieci – tak. Orgazm – nie! Nosiły przed sobą brzuchy ciąż, zjawiska bez początku. Zjawiska wręcz nieobecnego w języku: stan błogosławiony, dziecko pod sercem… Jesteśmy straszliwie pokręconym gatunkiem. Czytam ze studentami Foucaulta. I co? Nic. Podobnie jak fakt, że chłopak na moich zajęciach nie był w stanie głośno przeczytać fragmentu z książki Żurawieckiego pt. Ja, czyli 66 moich miłości. Przez usta mu nie przeszło. Nie dał rady. Dorosły chłopak, pewnie mający własne życie erotyczne.

Niby mówimy o tym wprost, ale żartem – jak z ową siateczką zmarszczek. Sprowadzając do nonsensu. Zasłaniając się żartem, przechwałką, eufemizmem, czasem milczeniem. Zmieniamy znaczenie słów. Zakładamy nieprzezroczysty kwef zdań.

Pawian się zastanawia nad ludzkim życiem płciowym i nie dochodzi do żadnych wniosków, poza stwierdzeniem powszechnie znanego faktu (fuck-too), że czasem język służy do nie-komunikowania się.

 

Opublikowane w: on październik 28, 2008 at 10:46 pm Komentarze (14)
Tags:

Pawian odwiedza południowych sąsiadów

Pada deszcz. Może nie jakiś ogromny, taki zupełnie niewinny, aczkolwiek zimny, kapuśniaczek. Zakładam szal na głowę i programowo marznę, bo założyłam brawurowo, że na Morawach o tej porze roku musi być ciepło. Deszczyk jest uparty, znacznie bardziej niż ja. No to co może robić zmarznięty i przemoczony pawian rankiem, w Ołomuńcu? Czasu dużo, idę tam, gdzie mnie jeszcze nie posiali, do muzeum, do krypty. Godzina mija, druga tak samo i nadal jest jeszcze przed południem. Co ci ludzie, którzy codziennie rano wstają, robią? Jak zapełniają te poranki, te mijające godziny? Włóczą się po ulicach, jak ja? No, jeśli mieszka się w Ołomuńcu, to dlaczego nie? Wiem, wiem, mówię jak Maria Antonina o chlebie i ciastkach, wykazując empatię na poziomie pikli.

Ląduję, oczywiście, bo jakże inaczej, przed barkowym kościołem (Matki Boskiej Śnieżnej). Patrzę na jego żółte, kręcone kolumny, rozpoznaję świętych w niszach umieszczonych po obu stronach wejścia. Popijam podwójne cappuccino za, rozpusta, totalna rozpusta, 51 kč, w “Café 87”. Powoli wracam do normalnego koloru i nie jestem już sina z zimna. Przy stoliku obok siedzą studenci. Przed nimi na stole piętrzy się stos podręczników wyraźnie wskazujący, drogi Watsonie, na to, że studiują na “fizozofické fakultě” uniwersytetu Palackiego. Może ich spotkałam poprzedniego dnia, gdy z torbą także wyładowaną książkami podążałam uczelnianym korytarzem zakłopotana, ale bardziej zaambarasowana, nadrabiająca miną i głosem postawionym, jak u śpiewaczki operowej, do sali, gdzie opowiadałam o dziwnych ludziach, których zagmatwane biografie mogły pobudzać zarówno do uśmiechu, jak i do płaczu. Czy to oni składali się w rechocie wyłapując smaczki w nagromadzeniu związków frazeologicznych i słowotwórczych zmaganiach z fikającymi nogasami bohaterki pewnego tekstu?

W kawiarni, prawie wszyscy czytają. Dużo podobnych do mnie, pojedynczych, porannych miłośników literek i kawy. Jaki tam ze mnie miłośnik kawy, załapuję się do tego towarzystwa na “krzywy ryj”, pijąc ten napój pewnie ze cztery razy do roku. Tramwaje łomocą za oknem, przesłaniając co jakiś czas bryłę kościoła. Wycieczka szkolna składająca się z małych ludzików, z naturalnym w ich wieku ADHD, doprowadza do szału nauczycielkę podobną, jakby skórę zdarł, do Jiriny Svorcovej, czyli nieśmiertelnej Ženy za pultem.

Zmieniam lokal, bo następnej kawy już nie wypiję. Gdy wchodzę na rynek, złoty kogucik właśnie objawia światu, że już czas na piwo w “Postrzelonej gęsi”. Nie wiem, czy wypada je pić dwie minuty po dwunastej, czy też popełnię straszliwe faux pas, jednakże wizja Hoegaardena w oszronionej szklance jest zdecydowanie bardziej kusząca i budzi pożądanie mocniejsze, aniżeli stan zakłopotania związany z możliwością uznania mnie za alkoholiczkę. A więc proszę o moje Weissebier, tylko na litość Trójcy Świętej z pobliskiej barokowej – a jakże – kolumny, bez plasterka cytryny.

W mieście, w którym człowiek co chwilę wpada na jakiegoś kamiennego świętego, można też wpaść na anioła. Co prawda ten anioł mocno jest zbudowany i ma całkiem pokaźny nos, ale skoro w Roku diabła ustalono, że Karel Plíhal to anioł, to ja ani myślę tego negować. Podoba mi się myśl, że anioły nie są eterycznymi bytami, w zwiewnych giezłach, tylko dużymi mężczyznami z blond loczkami, pewnie z gitarą pod pachą. I nawet krzepę mają, bo jak się jest palaczem w kotłowni, to parę w łapach musi się mieć. Taki anioł, jak Karel Plíhal, to może przed diabłem bronić. Pewnie nie raz zaglądał do “Łodzi podwodnej” na grochówkę. No to niebiański poemat jest, a nie jakaś zwykła zupa. W sam raz, dla takiego kawała anioła, jak Plíhal. W ogóle, to ja się nie dziwię, że anioł-Plíhal mieszka w Ołomuńcu. Jak się widzi mieszkańców tego miasta, to człowiekowi, a także pawianowi, zaraz jakoś lepiej. Honzik, Pstrus Pampovy, czy krásná Margita, z szopą rozwianych włosów, która co prawda nie ma sweterka we pepitkę, tylko spodnie. W końcu jeden anioł to chyba za mało jak na jedno miasto. Może oni wszyscy anioły?

No i znów, tak jak ostatnio, wpadam do tego miasta całkowicie zakręcona, zajęta, zasypana papierami i obowiązkami, wykładami, wystąpieniami, tekstami… Nagle, to chyba gdzieś w okolicach takiej małej piekarni, gdzie kupiłam bułkę z serem, zaraz niedaleko koło kościoła św. Maurycego (ale zdziwienie, to gotyk, no gotyk, nie barok), przychodzi następna fala deszczu. A niech pada… Bułkę i tak zjem, będzie smakować wyjątkowo. Tak, jak zawsze smakują Morawy. No to co ja będę więcej pisać, skoro i tak wszystko jasne…

O czym donosi przemoczony – pawian przydrożny.

Przypisy:

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=2vIIih6P_jc

http://www.youtube.com/watch?v=vo-UZWjFdS0

http://www.youtube.com/watch?v=81NWZV0lGWE

 

 

Opublikowane w: on październik 27, 2008 at 9:58 pm Komentarze (2)
Tags: ,

Pawian jest zdziwiony faktem, że ma uszy

To w ogóle tajemnicza sprawa, jak większość wydarzeń w pawiańskim bytowaniu na tym najlepszym ze światów. Z posiadania pary uszu zdałam sobie sprawę stosunkowo późno, bo jakoś przedwczoraj, odkąd w tychże pojawiła się druga para dziur i jakiś metal. Oczywiście, wiem że zaraz dorwą się do mnie psycholodzy i zapytają, dlaczego tak chętnie dokonuję okaleczeń ciała. Bo to, że jestem bytem autodestrukcyjnym i kiedyś zakłuję się widelcem przy jedzeniu sałatki szopskiej jest pewne, jak to, że lible kiedyś zdobędą świat (ja tam ich nie widziałam, ale wierzę Henry’emu Kuttnerowi). A po drugie, jak już ktoś maluje trwale ciało, przy użyciu igły i tuszu, to zrobienie sobie dodatkowych dziur w uszach zmierza w stronę papuaskiego modelu piękna. Nie zamierzam ciągnąć owego wątku, ale jak jakiś psycholog mnie przyciśnie, to powiem, że jestem równie neurotycznym typem, co bohaterowie Woody’ego Allena.

W każdym razie, podczas pobytu na Bałkanach zostałam wyrocznią św. Nauma, który w starocerkiewnosłowiańskim mi objaśnia skomplikowaną naturę świata. Dowiedziałam się wówczas, że moje pragnienie dodatkowych dziur w uszach jest zrozumiałe, bo takie otwory powodują lepsze słyszenie pragnień roślin i małych zwierzątek. No to przepasałam swe lędźwie i z urodzinowym kartonikiem, otrzymanym od stada mych dzieci, udałam się do gabinetu kosmetycznego i gromko wrzasnęłam: Dziury, raz, na razie…

I od tamtego momentu wiem, że mam uszy. Przypomina mi się scena z wczesnego dzieciństwa, jak stoję z mamą na przystanku tramwajowym w oczekiwaniu na niebieski przedmiot elektrycznego pożądania i uświadamiam sobie, że oddycham. Nie podzieliłam się tą refleksją z nikim, ale pamiętam samo wydarzenie jak przez mgłę. Pewnie miałam nieco ponad dwa lata. A to ci siurpryza – odkryć, że się oddycha po dwóch latach nieustannego trwania procesu. Zaczynam podejrzewać, że nie należę do osób specjalnie spostrzegawczych. W każdym razie, od kilku dni mam uszy. Dość boleśnie skonstatowałam ten fakt, przy ściąganiu garderoby, dotąd procesie odbywającym się niejako mimochodem i bezboleśnie. A teraz? Auuuć… ożesz, w mordę!

Inną sprawą stało się mycie, dotąd wykonywane zupełnie machinalnie, a tu nagle okazuje się, że ucho ludzkie jest strasznie dziwne. Pozaginane, o dziwnych krzywiznach, zaczynam współczuć głęboko słoniom. Dodam, że pawiańskie uszy nie są jakieś monstrualne. Ot, uszy, jak uszy. Ani duże, ani małe, przylegające do czaszki, pewnie dlatego się tak zręcznie ukrywały, by wychynąć przy sprzyjającej okazji. Siedząc przy lekturze niebacznie opieram głowę na dłoni i ze zdziwieniem stwierdzam, że pojawiła się narośl, ciało obce, które teraz będzie już częścią moich uszu – kolczyki. Zgodnie ze starą zasadą, że jak mamy nogę w gipsie, to zaczynamy dostrzegać chromych, to nagle zaczynam patrzeć na ludzkie i zwierzęce uszy. Nie na kolczyki, bo te sama zamierzam kolekcjonować i mało interesują mnie upodobania innych ludzi, ale na uszy. Zauważam śmieszne uszy Ogryzka (przybyłego niedawno z psiego Tartaru), który po niespodziewanej śmierci Dużego, stał się jednym z rozpieszczonych jak dziadowski bicz psów pawiańskich rodziców. I myślę sobie, że psy w naszym domu, to zawsze miały USZY. A zwłaszcza jedno. Jedno ucho Szczeniaka, które zawsze było brudne i tylko pawianowi wolno je było czyścić, bo tak… Jedno ucho Psiny, które często, w czasie spacerów czule miętoliłam w dłoni szepcząc w zaufaniu: masz uszko jak aksamit. Szliśmy razem, a jego lewe ucho tak poręcznie i bezpiecznie można było trzymać w łapie. Jedno ucho Dużego, które leżało mu zawadiacko na głowie, niby furażerka. Jedno ucho Księciunia, które za żadne skarby świata nie chce się podnieść, co powoduje, że stajemy z zachwytem i mówimy: ależ on jest niezwykle urodziwy… Co nie powinno nikogo dziwić, bo wszystkie psy w rodzinie pawiana są piękne, zgrabne, szlachetne, odważne, inteligentne… A jak się to komuś nie podoba, to będziemy się potykać na ubitej ziemi, konno, albo pieszo. Ewentualnie na psie. W każdym razie napawam się posiadaniem uszu, jednakże z niepokojem myślę, co będzie, jeśli zapragnę mieć ogon?

Swój ogon ma lew, i to ładny i spory,

i słoń, i krokodyl, a także wieloryb,

i nawet przepiórka ogonek swój ma —

tak, każdy ma ogon, i tylko nie ja.

(A. A. Milne)

 

Przypisy

http://www.tekstowo.pl/index.php/tekst/Maciej_Zembaty/Uszy

 

 

Opublikowane w: on październik 26, 2008 at 9:31 pm Komentarze (7)
Tags:

Pawian mówi trochę o polityce, a w sumie o nienawiści

 

Pawian zacznie dziś w trochę innym miejscu, aniżeli to, w którym skończył wczoraj Zacznie od jotesza, proszę zerknąć w przypisy. Tak, tak, pawian jest filologiczną pierdołą i uwielbia przypisy oraz inne podobne im szykany. Gdy Pawiana nie było w blogosferze (jak to brzmi, nieprawdaż), to bywał sobie czasem Pawianem Oficjalnym. W każdym razie pojechał sobie jakiś czas temu na konferencję, podobnych jemu pierdołowatych filologów. Wiecie, to takie stado popaprańców, którzy doznają ekstazy na widok jakiegoś skrawka starego papieru z końca lub początku jakiegoś wieku. Na spotkaniu ekscytujących się makulaturą Pawian poznał pewnego pana, który był uroczy. Małopolska uroda, taka wzbudzająca zaufanie, poczynając od niebieskich, bystrych oczek, kończąc na rumianych polikach. Po prostu Pawian był zauroczony i rozmawiał sobie całkowicie niewinnie (dodam na wszelki wypadek) z taką samą pierdołą filologiczną, jak i on sam. W pewnym momencie Pawian zażartował. No i się zaczęło. Hiroszima i Nagasaki, bombardowanie dywanowe Drezna, bitwa na Łuku Kurskim, pod Raszynem, a także Falaise i Chambois. Pawian zażartował z IPN-u, a pan milutki wcześniej stał się kimś zupełnie innym. Jak wcześniej dawał Pawianowi dowody sympatii, tak mu się pewnie głupio zrobiło, że się z wrogiem klasowym zadawał i zaczął go nazywać wyrazami powszechnie uznawanymi, przynajmniej w niektórych środowiskach, za grubszą nieprzyzwoitość. Pawian na początku myślał, że pan sobie żartuje, ale niestety… Po tekście o moralnym prawie obiektywnym, Pawian nie wytrzymał, ruszył do kontrnatarcia i wcale się już nie uśmiechał. Skutek? Pawian prawie zdjął trep i o mało co, aby zaczął owego pana po czerepie walić.

Pawian wrócił do domu i się zafrasował. Bo tu się Państwu przyzna, że jest cholerykiem, ale w życiu nie śledziennikiem. Jak Pawian się drze, to szyby w oknach pękają, ale już po pięciu minutach gotów jest lecieć trzy kilometry po herbatę dla ofiary wcześniejszych wrzasków. I strasznie mu głupio, że wrzeszczał. A tu? Ano nic. Pawian był wręcz ZADOWOLONY, że na wspomnianego pana naryczał, wcale nie było mu głupio i nie miał ochoty w żaden sposób zadośćuczynić krzywdy. Pawian usiadł przy ukochanym stole kuchennym i się zafrasował, bo zobaczył, że wylazło z niego coś paskudnego i wstrętnego. Obrzydliwego, Coś, czego wcześniej w naszym bohaterze nie można było uświadczyć w aptekarskiej niemal dawce (ci, którzy znają Pawiana poświadczyć mogą).

Zmieniły się standardy, Proszę Państwa. Pawian zmienił się też, chociaż wcale tego nie chce. I będzie z tego powodu rozpaczał, chociaż co poniektórzy powiedzą, że nie ma co lać łez z powodu kłótni z jakimś człowiekiem deklarującym się, jako prawica polska. Otóż jest wręcz przeciwnie, bo Pawian taki nie był i być nie chce. Pawian już o tym pisał w poprzednim wcieleniu, w związku z czym powtarzał się nie będzie, zawsze można w następny przypis oczkiem rzucić.

Daliśmy się wpuścić w maliny. Rozmawiamy językiem, którym nawet pijany furman by nie przemówił. Skupiamy się na kopaniu, na ironicznych pyskówkach, pełnych argumentów rodem z magla, albo sprzed budki z piwem. Ktoś może rzec, że krawiec tak kraje, jak mu materii staje. Poszukiwanie afer, cudzych niezręczności, wpadek i potknięć stało się także NASZĄ codziennością. Co z tego, że te wpadki są na poziomie rynsztoka? A co nas to obchodzi, że właśnie tam dziś jest najlepsza impreza? Czy musimy na niej bywać? Nauczono nas czegoś brzydkiego, wyznaczając standard, który jeszcze do niedawna był poziomem kibolskim, a zdecydowanie nie salonowym.

Jeśli polska prawica chce mówić i się zachowywać jak barbarzyńcy, to jest to ich sprawa. Jeśli dziennikarze uznają, że właśnie takie działanie jest inspirujące i warte najwyższego stopnia uwagi, to niech też tak będzie. Ja się wypisuję. Może i Pawian w związku z tym jest anachroniczny, ale właśnie taki chce być.

Mogę oceniać, mogę krytykować, ale na litość bogów olimpijskich, nie przy użyciu ich metod i ich języka. Że wołanie na pustyni? Ano, niech będzie. Lepiej fechtować rapierem, aniżeli walić kłonicą na odlew. Jeśli można, to ja nie będę człowiekiem kultury masowej, który przeżuwa bezmyślnie podaną papkę, równą uwagą obdarzając różne listy ze stokrotkami, jak i wydanie książki Filipiak o Komornickiej. Są jednak pewne granice, dlatego Pawian bierze teraz do łapy grube tomisko o modernistycznej literaturze. I przy niej pozostanie. Nadal wierząc naiwnie, że człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Ale tylko w duchu protagorejskim, a nie w butnym tonie, obelgach, wrzaskach i wyzwiskach. Pawian nie pozwoli sobie, by stać się jeszcze choć przez chwilę podobnym do tych, którzy nienawiścią do drugiego mierzą swą użyteczność obywatelską. Pawian woli dialog, a toledański szpadel będzie nosił przy sobie jedynie dla fantazji. I niech tak zostanie.

O czym zakomunikował – pawian przydrożny…

Opublikowane w: on październik 23, 2008 at 10:14 pm Komentarze (5)
Tags: ,

Pawian pyta: cóż tam panie w polityce?

 Dziennikarstwo to musi być ciężki zawód, bowiem w większości polega na zabawie w Salomona, czyli przelewaniu pustego w próżne. Żeby zaraz ktoś się nie obraził, to nie chodzi o Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, żadne sprawy personalne, ale o to, co dzieje się na naszym podwóreczku. A na nim? Jak w Rejsie: “Nuda… nic się nie dzieje, dialogi niedobre… bardzo niedobre dialogi, brak akcji, nic się nie dzieje [...] pustka, pustka, nic, absolutnie nic”. Proszę mi nie mówić, że gadanie o stokrotkach czy jeżdżenie po Dornie, jak po burej suce, są ciekawe, inspirujące, zajmujące, tudzież twórcze. W sprawie stokrotek, to były wcześniejsze sygnały, dodam – liczne sygnały – że taka jest właśnie norma zachowania żoliborskiej inteligencji. A z kolei w sprawie drugiej? No… Pawian sobie myśli, że jak ktoś się bawi z lamą, to z pewnością zostanie opluty. Jak ktoś wkładał w kamasze, to go wyjęli – tak by wyglądać mogło przerobione w duchu naszych czasów przysłowie o tym, że wilk nosił razy kilka.

Gdzie jest pies pogrzebany? Kraj w Europie, ponad trzydzieści milionów ludzi, trzysta kilometrów wybrzeża, góry piękne, bogactwa naturalne mamy (rzepakową potęgą jesteśmy, z jabłkami też nam nieźle idzie…) i co jest największym problemem? Wałkowanym w prasie? Telewizji Pawian nie ma, to nie wie. Samolot, kto w nim lecieć ma, a kto nie, stokrotka, krótka lista, arcybiskup zeźlony, znów afera piłkarska… Łapy Pawianowi opadają. Można zacząć narzekać, że to wina pismaków, którzy sztuczne afery wymyślając, bawią się świetnie. Jednakże Pawian ma nieco inne zdanie, bo z pustego w próżne… Przy czym słowa “pusty” i “próżny” traktujcie sobie Państwo, jak chcecie. Pawian sugeruje interpretację najprostszą. Próżne pustaki, puste próżniaki, czy jakoś tak. No, ale to zbyt proste, nieprawdaż?

Zmieniły się standardy. Dlatego informacje o budowie autostrad znajdziemy w prasie po dłuższych poszukiwaniach. Wstydliwie będą ulokowane na stronie trzeciej. A na pierwszej? To proste: Obama odwiedza chorą babcię! Stokrotka na liście! Prezydent bywał milszy dla pań! Dorn nie płaci alimentów! Radek Majdan ma nowy tatuaż (a może zgubił stary)! W “Tańcu na rurach” gwiazda serialu pokazała majciochy!

Jeden grzyb, czy ktoś miał dziadka w AK (Afrika Korps), bo dziennikarzowi się sprawdzić nie chciało, że skrót tej formacji zapisujemy jako DAK. A przecież DAK, to prawie jak Duck i zaraz wszyscy zgodnie śmiali się będą na internetowych forach. Wiem, wiem, że takiego newsa nie było. Jeszcze nie było, jutro będzie, a może pojutrze. Nie o to chodzi.

Pawian nie zamierza tu rozstrzygać, miejsca położenia wzmiankowanego wcześniej psiego truchła. Może to dziennikarze niedouczeni, a może się starają jak mogą, a wszystko to, co dzieje się w Polsce właśnie JEST na poziomie magla? I szukać ze świecą tematów, które nie są już nawet nie kiełbasą, ale po prostu nieświeżą parówką?

A może… Może my wszyscy dajemy się nabrać? Człowiek kultury masowej przyjmuje wszystko to, co go otacza, totalnie bezrefleksyjnie. Wpadają mu do głowy, biją po oczach, wiercą uszy, różne informacje tonami zawalające jutrzejsze śmietniki, gdy staną się już towarem drugiej świeżości. A on jak krowa rusza sobie mordą na tej łące pełnej trawy, ale nie potrafi odróżnić babki leczniczej od perzu. Brak selekcjonowania informacji prowadzi do zanegowania ważności ich wszystkich.

Protagoras miał powiedzieć: πάντων χρημάτων μέτρον άνθρωπος. Nie spotkał się biedaczek z człowiekiem kultury masowej, który rzeczywiście jest miarą wszystkich rzeczy, a odmierza je własną niewiedzą. Nie chcę namawiać do porzucenia świata prasy, internetowych pogaduszek na forach i wyprowadzenia się w Bieszaczady, używania dynama, czerpania wody ze studni oraz rąbania siekierą niebacznego turysty z radiem w telefonie, jako objawionego zła. Nawet nie chodzi o mniejszą ilość ekscytacji przy porannej gazetce. Pawian nie zamierza rzucać kamieniami, bo belka w jego oku jest jak wszystkie maszty żaglowca “Cutty Sark” (Pawian dokładnie nie pamięta, ale wydaje mu się, że ponad 80 metrów). Może po prostu: nie dajmy się wszyscy sprowadzić do roli krów? Mimo przeważających sił wroga i codziennego zarzucania nas stertami całkowicie nieistotnych, aczkolwiek medialnie “chodliwych” faktów. Pawian przydrożny jutro opowie Państwu dlaczego właśnie tak myśli. CDN…

Przypisy:

 

 

http://pl.youtube.com/watch?v=Z9VQ089v9VQ

Opublikowane w: on at 12:06 am Komentarze (4)
Tags:

Pawian nie robi kawy, za to próbuje wypinać brzuch – niestety nie wychodzi mu to zbyt dobrze

Czytam wywiad z artystą. I zastygam po jednym z pierwszych zdań, które brzmi: “Żona (załóżmy) Elżbieta, zaraz przyniesie kawę”. To zdanie nie musi znaczyć niczego złego. Pojawiła się dziennikarka na wywiad, to robi kawę ta osoba, która nie jest zajęta. Gdyby wywiad był z ową Elżbietą, to pewnie kawę przygotowałby artysta. I tyle, nieprawdaż?

Nie lubię kawy, pijam ją sporadycznie i to z wielkim aj-waj, to skąd mam wiedzieć, kto i jak ją przygotowuje. Jak jadę do pawiańskich rodziców, to tatuś-pawian jedzie po mleko do pobliskiego miasteczka, bo z takim od krowy, to nasz pawian nie wypije. Zamiast tego będzie patrzeć na stado krów, które wujek Wawrzyniec przyprowadził na wycieczkę. Pełny wypas i full service na pawiańskiej łące. Pawian patrzy na krowy, a mamusia-pawian wodę nastawia i wyciąga filiżanki. Każdą inną, bo właśnie tak ma być. I kawę (z drożdżówką) pije się dopiero po tym, jak tatuś-pawian wróci z zakupami. Deszcz pada, psy śpią w przedpokoju, ułożone “na śledzika”, wtulone nosami w swoje futra. A mnie nadal spokoju nie daje ta kawa przygotowana przez żonę artysty. Bo zaraz mi się pewien pan dwojga nazwisk przypomina i jego tekst, o tym, że kobiety są stworzone do parzenia kawy. A tacy jak on są stworzeni do wygadywania głupot. Pewnie w średniowieczu byłby trefnisiem. A dziś jest szefem partii. Bywa. Mam nadzieję, że w domu artysty wcale tak nie jest, ale ta kawa… Pewnie mi na żołądku “siadła”, albo co…

Dwie strony dalej, w tym samym piśmie, gdzie znalazłam wywiad z artystą, przeczytałam kawałek z książki psychologa, tego samego, co się wypowiadał o kryzysie ojcostwa: “Kobieta ma więcej energii w brzuchu i jej naturalnym dominującym ośrodkiem przeżywania siebie jest brzuch. Tam się dzieją sprawy podstawowe dla bycia kobietą i przeżywania kobiecości, także w wymiarze duchowym”. I brzuch mnie rozbolał od tego. Pewnie duchowo przeżyłam te słowa. Od dziś będę wypinała brzuch. Tak nadęta i wypięta będę głosiła pełnię swej kobiecości. I będę parzyła pierdylitry kawy.

Z mocnym postanowieniem poprawy własnego “kobiecego ja” wracam do domu, gdzie znajduję gołego Łasica z puszkami farby, wyrzynarką, pędzlami, wiertarką, lakierem i wszystkimi innymi szykanami. Maluje spiżarnię w wesolutkim kolorku radosnego słońca (nie, tu nie kpię, taka jest nazwa farby), przełamanym zimną atlantycką przygodą (proszę sprawdzić w katalogach firmy Dulux). Łasic pomalowany jest w kolorowe paseczki, jak warchlaczek. Gdy zaczynam kręcić nosem, że się chrzani z każdą półeczką, z każdym jej centymetrem, objawia mi radośnie, że ja się nie znam, bo wedle stereotypowych podziałów, to “kobiecą ręką” w naszym chlewiku jest on. I dlatego teraz dopieści drobiazgowo spiżarnię. Podejrzewam, że z naszym remontem jest jak z Euro 2012. Na wszelki wypadek każę Łasicowi wydąć brzuch i czytam mu ze stosu pudełek dlaczego ma przeżywać swą kobiecość trzewiami. Chlasta kolejną warstwę farbki i chichocze szatańsko. Kota leży na podłodze. O rany, ale ona przeżywa swoją kobiecość… Nie chcę być niegrzeczna, ale może ona po prostu za bardzo lubi jeść? Nie, nie bądźmy złośliwi. To wymiar duchowy kobiecości jej się z futra wylewa.

Pytam Łasica, czy mu kawy nie zrobić, ot tak, pro forma, bo i tak nie umiem. No to kto ja jestem? No kto? Przypomina mi się, jak wsparta na ramionach Łasica i Borsuka (takich pięknych, eleganckich, w szarościach i czerni) weszłam na raut i zaraz zostałam przedstawiona mężowi jednej ze znajdujących się tam pań:

- To jest pawian. Jest feministką, a zobacz, że przyszła z dwoma panami…

No jasne! Jako feministka powinnam wejść z oderwanym w kolanie zakrwawionym ochłapem męskiej nogi w pysku. I z nienapoczętym dzieckiem w reklamówce. Wtedy spełniłabym pokładane we mnie oczekiwania części społeczności.

Nie przeżywam duchowości brzuchem, nie umiem zaparzyć kawusi, nie mam pojęcia, gdzie Łasic schował serwis w kwiatuszki (aaa… wiem, nigdy takiego nie mieliśmy), ponadto prowadzam się pod rękę z dwoma, och, z dwoma, spuść oczka córeczko, nie patrz synusiu, panami. I jeszcze mi się przypomina, jak nabijałam się do Delfinka, że cały dzień spędziłam z “no wiesz z takim, jak to powiedzieć, mocno heteroseksualnym towarzystwem”. Delfin wrzeszczy tak samo jak ja, to pewnie początki choroby zawodowej, dlatego parsknęła na cały park:

- Biedactwo, tylko ty jedna biseksualna…

Pana z wózeczkiem wmurowało w ziemię. No wmurowało, a jak już przestał być żoną Lota, to dokładnie mnie sobie obejrzał. Biseksa zobaczył. Już teraz będzie wiedział, już go nic nie zmyli. Dokładnie wstrząśnięty, a zarazem zmieszany moim manifestowaniem, bo w końcu on jest tolerancyjny, no tolerancyjny, ale dlaczego ci zboczeńcy mówią o tym na głos, dlaczego manifestują?

I teraz to już mam kompletny mętlik w głowie. Popijam czerwone wino i pewnie nawet bym chlipać zaczęła, iż nie wiem kim jestem, gdyby nie fakt, że zawsze mogę wypiąć brzuch i udawać. Łasic nikomu nie powie, a po cichu, w przebraniu kobiecym (z doprawionym brzuchem) poda nawet kawkę. Nawet cappuccino zrobić potrafi, ale o tym, że sam, w czasie mojej nieobecności, kupił patelnię i teraz na niej smażenie odstawia, to już nikomu nie powiem. Tfu… Zboczeniec. Poleciał kupować zasłonki…

 

 

Opublikowane w: on październik 21, 2008 at 10:08 pm Komentarze (12)
Tags: ,