Obsesje i obserwacje, czyli pocztówka bałaganiarska

Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać wytworność wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.
(Bruno Schulz)

Tłumaczenie taksówkarzowi trasy do znajomej, szczególnie wtedy, gdy niezbyt dobrze zna się język jest czynnością wysoce stresującą. Na dodatek jechałam tam tylko raz i sama  za dobrze nie wiem, czy moje wskazówki są dobre. Kontaktując się z Borsukiem, który siedzi we Lwowie, konstatuje, że tutejsi kierowcy są jednak znacznie lepsi. Nie znają jedynie jakichś 2/3 miasta. Ci znani Borsukowi przebijają ich w pierwszym rozdaniu, nie znają 96% terenu po którym jeżdżą. W ogóle to Borsuk ma fajnie, bo w cukierni widział Adriena Brody. Ze znanych osób ja widziałam jedynie pewnego „ubijca”, czyli mordercę.
Siedzimy w knajpce nad Wardarem z Delfinem Ochrydzkim i Filipem Macedońskim. Wino leje się niespiesznie, a pieczona cebulka znika z talerzyka niepostrzeżenie. Filip nagle pyta mnie czy widzę mężczyznę w szarym garniturze, który siedzi przy następnym stoliku. Widzę, znam go, a raczej skądś znam jego twarz. Okazuje się, że to jeden z tych gości, którzy zaczęli całą zadymę w 2001 roku. Siedzi sobie spokojnie, zadowolony w centrum miasta. Ma na sobie elegancki garnitur. Nigdy nie będzie siedział na sali sądowej, chociaż powinien. To w jego chorej głowie (i jeszcze paru innych chorych głowach) rodziły się pomysły, które Europa już nie raz w swej historii przerabiała. Prawie zawsze kończyły się tak samo. Płaczące matki, żony, dzieci, bezimienne groby, martyrologiczne okrzyki i nienawiść. Tak wygląda świat tego pana, który popija zimną colę i wyciera sobie łysinę lśniącą od potu. Co by było, gdybym podeszła, wrzasnęła „ubijec” i zdjąwszy but, trzasnęła parę razy w ten zakuty łeb? W  zachęcającą do ciosu łysą pałę? Przynajmniej zrobiłabym to sama, on nigdy w niczym rączek nie umoczył, a może jedynie mu tego nikt nie udowodnił. Spryciarz.
Nie robię nic. Nie potrafię zrobić nic. Poza spektakularną awanturą i waleniem butem (jakby łysa czaszka Chruszczowa i but zawsze były ze sobą jakoś związane, ale ja nie waliłabym po stole), nic nie przychodzi mi do głowy. Znów przychodzi mi na myśl fraza, że „tutaj tak jest” i skoro mógł być kandydatem w wyborach, to może siedzieć w knajpie. Z drugiej strony to może jest optymistyczne, że siedzi w tym pubie (nota bene irlandzkim) i może jedynie czuć smak swojej porażki? Nie udało mu się, może to dobra kara, że patrzy bezradnie na miasto, które nie jest jego? Przegrał. Nie jestem jednakże tak naiwna by sądzić, że to już koniec.
Chociaż głupota zawsze jest w pewnego rodzaju równowadze, bowiem jeśli popatrzeć na Macedonię jak na wagę, z szalkami zapełnionymi przeciwstawnymi myślami i ideami, to okazuje się, że niegustowne muzeum Matki Teresy to za mało. Na miejscu jej domu ma powstać wielka cerkiew. Bunt studentów architektury, zafrasowanych lokalizacją ewentualnego nowego obiektu sakralnego skończył się atakiem rodzimej odmiany beretów z moheru. Jednakże im też nie należy się dziwić, bowiem są sfrustrowani decyzją ostateczną, że religia w szkołach jest wbrew konstytucji. Koloryt lokalny zaś wzmocni trzydziestometrowy posąg Aleksandra Macedońskiego, który ma stanąć niedaleko kamiennego mostu, w jednym z centralnych punktów miasta.
Czym się różnimy? Chyba niczym, co konstatuję podczas innej imprezy, gdy moja natchniona rodaczka, którą akurat poznałam wygłasza z patosem uwagi o tym, że Polacy są katolikami. I nawet nie przyjdzie jej do głowy pomyśleć, że nie wszyscy, a sądy o tym, że ślub cywilny jest pójściem na łatwiznę chyba mnie śmieszą. Chociaż sama nie wiem, bo zaczynam dokładniej słuchać tego co mówi i między atakami śmiechu marszczę brwi. Zwykła niedelikatność, nieodpowiedzialność za słowa, a może zespół poglądów, który przynajmniej irytuje?
Moją marsową minę rozjaśnia nieco Słoneczko. To tak piękna i wesoła dziewczyna, że nadanie jej innego pseudonimu byłoby nietaktem. Mówi strasznie szybko, że aż ciągle ją musze powstrzymywać słowem „poleka”. Nić sympatii pojawiająca się w marcu nieco nieśmiało, nagle wybucha porozumieniem tak niezwykłym, że aż czasem nie potrzebujemy tłumacza związane wspólnym paroksyzmem śmiechu, albo uważnym spojrzeniem.
Uczę się słownictwa związanego z nadchodzącym ślubem. Już wiem, że Delfin to „ubava sopruga”, a mama Eurydyka to „sviekra”. Odnajduję słowiańską wspólnotę nie tylko w tym wyrazie, bo jest jeszcze „dever” i cała masa innych.
Żeby jeszcze bardziej zaciemnić obraz to odsyłam do hasła Macedonia w Nonsensopedii: „Pierwotnie Macedonia była jedną z krain greckich późnej epoki klasycznej. To tu, właśnie tu, urodził się Aleksander Wielki, który był właśnie macedończykiem. Stąd wyruszał ze swoją armią, by zwyciężać nad Granikiem, czy po Tyrem. Jednak tak rozszerzył granice swego imperium, że wszystkich swoich macedończyków rozproszył po całym świecie i w samej Macedonii nie został nikt. [...] Macedończyk to Serb albańskiego pochodzenia, który budzi się rano i zastanawia, czy nie jest Bułgarem”.

Opublikowane w: on maj 27, 2009 at 11:26 am Komentarze (11)
Tags: ,

Skopje ima mikroklima, czyli Pawian w perspektywie turystycznej

Tym razem jest trochę inaczej. Nawet nie chodzi o to, że jest ponad trzydzieści stopni ciepła, chociaż to nie ułatwia mi pracy, bo moje pingwinki na wykładzie senne jak susełki, a ja zmęczona od samego rana jak pies, chociaż pozuję na Johna Wayne’a i jestem twarda. Nawet nie chodzi o to, że mieszkam w zupełnie innym miejscu i zamiast ocienionego lipami balkonu na pierwszym piętrze mam wścibskie wróble na tarasie, na siódmym. Wróbelki (wrabcze) domagają się swojego śniadania już przed szóstą, a że okna otwarte całą noc, to ćwierkają coraz mocniej i mocniej, aż wstanę i wysypię im chleb na parapet. To, o co chodzi? Czy znów Pawian się czepia? Czy znów jest socjopatką i malkontentką?
W związku z przygotowaniami do ślubu Delfina Ochrydzkiego i Filipa Macedońskiego, opiekę nade mną przejęła Lidia z Gwiazdą w Oczach. I już pierwszego dnia przepytała mnie z topografii miasta. Gdy uzyskałam licencję na poruszanie, a także zdałam egzamin z podstawowych zwrotów komunikacyjnych mogłam zacząć czasem poruszać się samodzielnie po mieście. Doświadczam więc czegoś niezwykłego. Z jednej strony jestem rasowym cudzoziemcem, a z drugiej, po prostu jestem u siebie…
Każdy taksówkarz zadaje mi ten sam zestaw pytań, dlatego też odpowiedzi na pewna pytania, mam przećwiczone perfekcyjnie, a na inne zaś… No właśnie. Szybko mówię o tym skąd jestem, jak długo tu jestem, co tu robię, czy mi się podoba i dokąd chcę jechać. Jednakże czasem sytuacja wymyka się spod kontroli. Zatrzymuję taksówkę pod Związkiem Pisarzy, na światłach. Pytam, czy zajęta. Uzyskuję odpowiedź, że wolna. Wsiadam, witam się i mówię, że „do fakulteti”. Jedziemy, ale taksówkarz akurat mając chwilę wolną zapalił wcześniej papierosa. Dlatego pyta, czy nie przeszkadza mi to. Powinnam odpowiedzieć: „i ja sum puszacz”, a ja, no cóż, proponuję mu w zasadzie seks oralny oznajmiając z uśmiechem, że dobrze ciągnę. Lidia, gdy słyszy o mojej przygodzie śmieje się do łez. Studentom też to mówię, bo nauczyciel też czasem powinien spaść z piedestału. A przecież mam z nimi umowę. Oni się uczą pilnie, gdy ja przyjeżdżam, ale ja też mam się uczyć. Oni mogą popełniać błędy myląc podstawowe założenia programu Awangardy Krakowskiej, ja też mogę dawać ciała… Jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Błędy początkującego turysty. Pewnie taksówkarz obśmiał moją reklamę, co i jak dobrze robię, ale później, z kolegami na parkingu. Natomiast przy mnie nawet oko mu nie drgnęło. Od razu przeszedł do pytania skąd jestem i jak długo tu jestem. A ja zliczam każdy mój pobyt w Skopje na paluszkach i wychodzi mi jakieś dwa miesiące. W związku z czym przyznaję sobie, aczkolwiek niechętnie, prawo do poziomu początkującego. Bo z drugiej strony przecież tak dużo rozumiem i jestem postrzegana jak swojak. Pani profesor widząc mnie, wita się po polsku, mocno ściskając moją dłoń, a potem wyjaśnia mi po macedońsku dlaczego wpadła tylko na chwilę. Ja i Gwiezdna Lidia z trudem opanowujemy śmiech. Ja nie jestem lepsza, bo w tym języku potrafię zapytać Lidię, jak po macedońsku jest „ice”.
Znajomi witają mnie na korytarzach, po których tylko dlatego nie stukam obcasami, bo mam szmaciane espadryle. Przy eleganckich, dopracowanych kobietach, czuję się trochę jak kocmołuch. Jednak wybieram wygodę spodni tuż nad kostkę i obszernych cienkich bluzek, aniżeli szyk obcasów, kostiumów i dopracowanego makijażu. Paznokcie maluję dopiero po północy, gdy zaczynam odżywać. Do zajęć przygotowuję się o piątej rano, bo jeszcze wtedy mogę myśleć. No tak, czas na śniadanko, które kupię u uśmiechniętego pana w białej koszuli, który codziennie przyjeżdża ze swym wózeczkiem w okolice pomnika Cyryla i Metodego. A o tym, jak czuję się u siebie, jak spotkałam „ubijca”, to może jutro. Bo zaraz mam predawanje. Gorąco, ale show must go on… A poza tym, trzeba walnąć jeszcze drugie lub trzecie śniadanko dla głośniej ekipy z balkonu.

DSCF5783

Opublikowane w: on maj 26, 2009 at 8:27 am Komentarze (2)
Tags:

Piotrus w Skopje, czyli z perspektywy podróżującego szczurka

DSCF5708

Bulwar Rewolucji Październikowej oczami Piotrusia.

 

DSCF5756

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Bulwarze Macedonia niedawno pojawiły się rzeźby. Ta przedstawia pewne zjawisko, na które tu mówi się “szmizla”.

DSCF5762

 

 

 

 

 

 

Pucybut (kolejna rzeźba) uśmiechem wita potencjalne klientki.

DSCF5773

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Ten napis żywopłotowy widzę z mojego balkonu. Kojarzy mi się z układanką. Jak przesunąc “patyczki”, żeby powstało słowo? Nie wiem, za gorąco.

Opublikowane w: on maj 25, 2009 at 7:40 am Komentarze (4)
Tags:

Pawian znów w podróży, czyli doniesienia z poczekalni lotniska

Pawian w maju podróżuje służbowo. Wpada do pracy, szybko robi swoje, wraca na przydrożne drzewo, gdzie przy kolejnym pakowaniu opowiada Łasicowi o szczegółach wojaży. I za dwa, trzy dni znów jest to samo. Wreszcie odpocznie, bo jedzie na Bałkany. Nota bene nie jedzie sam, a z niejakim Piotrusiem. Historia Piotrusia jest fascynująca, niby teksty o antycznych bohaterach rodem z homeryckiego eposu. Jeszcze przedwczoraj Piotruś był anonimowym szczurem pluszowym leżącym w koszyku, w Ikei (język polski jest fleksyjny, dlatego Pawian odmienia ową nazwę i zgrzyta zębami widząc reklamy, gdzie stoi wolimi literami: U nas, w Ikea). W każdym razie Piotruś leżał w koszyku, wśród wielu setek innych pluszowych szczurów (szarych, brązowych i białych), które bystrymi oczkami wypatrywały, jaka ręka sięgnie w ich kierunku. Jak potoczą się ich losy? Czy zostaną maskotką jakiegoś małego barbarzyńcy, który odgryzie im głowę i wypruje flaki? A może zasiądą na nudnym biurku prezesa wielkiej korporacji, który w chwilach stresu będzie gniótł bezlitośnie ich pluszowe brzuszki?

Pawian zobaczył kosz z rodziną Piotrusia i aż pisnął z uciechy do Łasica, że należy takiego gryzonia kupić dla Nadieżdy Iwanowny. Tak się też i stało, a rozkoszna kocina chwyciła nową zabawkę za łeb i walnęła kilka razy o podłogę w radosnym szale zabójcy. I tu Pawian wymiękł, bo szczurek tak patrzył… Kot dostał nową piłeczkę, którą turla zaciekle po podłodze kuchni, a gryzoń dostał imię i obietnicę wyjazdu na Bałkany. Siedzi w plecaczku i łypie z siatkowej kieszonki. Zadowolony, jakby przynajmniej został tchórzofretką. W końcu ile pluszowych szczurków zaczyna jako potencjalna zdobycz rozpieszczonego kotka i zostaje wyrwana z jego pazurów, a następnie lata samolotem? Piotruś jest jako Odyseusz, który ratuje się z kolejnej niebezpiecznej przygody i zmierza do celu na szczurzą Itakę.

Jednakże Pawian nie o tym chciał, tylko jak zawsze te nieszczęsne dygresje. Pawian znów siedzi na lotnisku, tym razem w stolicy, łypie jak Piotruś – bo jaki pan taki kram, a jaka mać, taka nać – i obserwuje. Dochodzi do wniosków, a jakże. Polacy mają w sobie coś… ale nie uprzedzajmy wypadków.

Stoimy grzecznie w kolejce do bramki. Strażnik graniczny dobitnie wyjaśnia co należy z siebie zdjąć, gdzie umieścić laptop. Myślicie Pańśtwo, że to ułatwia sprawę i kolejka przesuwa się sprawnie? A skądże. Strażnik graniczny sobie, a Polak sobie, bo przecież JEGO to nie dotyczy. Wszystkich innych – owszem. Ale wiele polskich jednostek chodzących na dwóch nogach uznaje, że pozostały w nich geny przedmurza, Winkelrieda i innych romantycznych wielkich koncepcji i dlatego zegarka, bransoletki, bucików na metalowych obcaskach czy paska z wielką klamrą nie zdejmie. Laptopa z torby nie wyciągnie. Komórkę miłośnie będzie trzymać w kieszeni i popiskiwać: Moja ona ci jest…

Na samym końcu będzie sarkać, że te przepisy są idiotyczne, robić miny i łaskawie pozwolić odebrać sobie butelkę mineralnej, wodę w spray’u, tonik i krem. Nie, nie pójdzie to do kosza, bowiem za panią stoi małżonek, który zabiera to wszystko z marsową miną na temat, że JEGO żona nie może sobie policzków jak jagody kremem nasmarować, a wiadomo przecież, że w drodze do Budapesztu wyschnie na wiórek. Ona podnosi oczy do góry, gdy słyszy że ma jeszcze zdjąć zegarek. Czyni to, ale już zapomina o bransolecie. I znów to spojrzenie uciśnionej, znów tekst o głupich przepisach. Na miejscu pogranicznika Pawian już dawno złapałby babę za ondulację i wykopał, albo gdzieś zakopał, profilaktycznie rąbnąwszy ją wcześniej osikowym kołkiem w odpowiednie miejsce. Czy studentka (Pawian wie, bo słyszał jak mówiła do koleżanki) z Poznania nie może wyciągnąć laptopa z fikuśnej torebeczki? Szczególnie wtedy (bo a priori wiedzieć tego nie musi), gdy stojący przed nią człowiek jest o to dobitnie (dwukrotnie) proszony? Czy owa studentka nie sądzi, że procedura dotyczy wszystkich laptopów? Czy zajęcia z logiki, które najpewniej miała na pierwszym roku do niczego się nie przydały?

Mam dziwne wrażenie, że są to ci sami ludzie, którzy chętnie dają sobie przetrzepać torbę w supermarkecie.

Po ostatnich doświadczeniach, gdy Pawian na pokładzie samolotu spotkał naszą rodaczkę jadącą do Macedonii, którą los pchnął na siedzenie obok naszego bohatera i która manifestowała swoją niechęć do Bałkanów (a Pawianowi ciśnienie podskakiwało na teksty w stylu: „zauważyła pani, że mężczyźni w Macedonii nie są przystojni” i odpowiadał sarkastycznie, że nikt tam nikogo do ołtarza ciągnął nie będzie), teraz nie wyciągnie „Polityki”, tylko będzie spał. Obudzi się, wrzaśnie radośnie: „Kako si”? I jakoś się potoczy, bo jeszcze nigdy nie było tak, żeby jakoś nie było. A spać będę jak dziecina, wszak pilnuje mnie tajemniczy szczur ninja – Piotruś Szary.

Opublikowane w: on maj 18, 2009 at 5:43 pm Komentarze (18)
Tags:

Chodzi o zasady, czyli Pawian się czepia

Za smutek mój, a pani wdzięk,

ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii

i lekkomyślnie dałem słowo, że kwiat ich kwitnie

księżycowo,

a liście mrą srebrzyście.

Pani zdziwiona mówi mi cóż to przecież bukiet

zwykłych róż,

ach rzeczywiście, więc cóż ci dam?

Kiedyś był odcinek kreskówki z Pawianem i Łasicem, w którym była mowa o zatykaniu największego krateru na świecie korkiem. Znaczy dziurę Pawian zatykał. Jednakże, życie to nie kreskówka i zazwyczaj nasz Pawian zamiast zatykać dziury, to namiętnie je rozgrzebuje. W sensie metaforycznym, rzecz jasna. A to by oznaczało, iż Pawian uwielbia się czepiać i jest pryncypialny. Dla zasad gotów jest zginąć, a najpierw będzie się bił znacznie lepiej niż paulini o Jasną Górę podczas szwedzkiej nawałnicy.
Pawiana odwiedziła Słońka, o czym już Państwo wiedzą. W każdym razie siedzimy sobie w knajpce, darami bożymi się napawamy, brzuszki napychamy, wesolutkie jak pszczółki jesteśmy. Do czasu, bowiem do lokalu weszła pani kwiaciarka. Z koszem pięknych róż. Podeszła do stolika, gdzie siedziało trzech mężczyzn i trzy kobiety i zapytała, czy ktoś kwiatów nie kupi. Potem ominęła stolik, gdzie Pawian ze Słońką siedział i podeszła do następnego stolika, gdzie również pan nie chciał pani kwiatka kupić. Skąpiradło.
Pawian się wściekł był. Bynajmniej nie z powodu skąpego pana, ale znów chodzi o zasady. Pawian zapytał dlaczego jest dyskryminowany, dlaczego pani kwiaciarka nie podeszła do naszego stolika. Odpowiedzi nasz bohater się nie doczekał. Zastanawia się dlaczego?
Po pierwsze: czy jeśli siedzę w knajpce z inną kobietą, to nie mogę mieć ochoty na kwiatek? Mogłabym sama sobie kupić, jeśli miałabym ochotę. Gdzie jest napisane, że tylko panowie paniom w lokalach gastronomicznych kwiaty kupują, licząc na życzliwsze spojrzenie przy deserze. Czy ja sobie nie mogę kupić ładnego kwiatka? A może właśnie byłam w nastroju wiosennym, romantycznym, poetycznie wzdychałam i czerwona róża byłaby zdecydowanie na miejscu.
A po drugie, to nie mamy ze Słońką na czołach wypisane, że się przyjaźnimy. A może właśnie chciałam upaść na kolana i się jej oświadczyć? Może ona by przyjęła? Może miałam pierścionek z wielkim nie-brylantem zakamuflowany pod surówką z marchewki (bo szampana nie było)? I kwiaty byłyby zdecydowanie na miejscu.
A po trzecie, to co jest kurczę blade! Nie mogę psiapsiółce kupić czerwonej róży? Słońkę widuje raz do roku. Jedzie do mnie długo, kasiorę płaci za samolot i przemierza góry, doliny, morza i oceany, by wpaść w moje stęsknione ramiona. I co? Słońka na kwiatek nie zasługuje?
Najwidoczniej nie zasługuje, bowiem pani kwiaciarka nad tym faktem nawet się nie zastanowiła. Najwidoczniej w jej świecie tylko mężczyźni kupują kwiaty, a kobiety je dostają. Innej możliwości nie ma. Widocznie Pawian jest za mało męski, żeby móc kupować róże, frezje i inne takie.
W ten sposób róże stały się towarem męskim. Kiedyś pisałam o gładzi szpachlowej, której reklama wzbudzała wiele emocji, ze względu na seksistowską wymowę. Przedstawiciele firmy reklamowej tłumaczyli, że gładź jest towarem dla mężczyzn, dlatego właśnie reklama jest z rozebraną panią. Ciekawa jestem jak to jest z kwiatami? Podobnie? To chyba absurdalne rozumowanie, aczkolwiek… Pawian może kupić kwiaty w kwiaciarni, na targu, ale nie jest postrzegany jako klientka przez uliczno-kawiarnianych sprzedawców tego towaru. Można teraz zapytać: a czego ty się Pawian czepiasz? Odpowiedź jest prosta. Chodzi o zasady. Chodzi o to, że takiej sytuacji nie jestem postrzegana jako nabywca. Z jakiego powodu? No, jeśli dobrze się przyjrzeć, to sedno jest płciowe. Bowiem, gdyby jedna z nas była mężczyzną pani kwiaciarka by podeszła do naszego stolika. A że jesteśmy kobietami, to po prostu nas nie zauważyła.
Świat się zmienia. W Polsce kobieta była premierem. Podejmowała ważne decyzje, o ogromnym znaczeniu, dotyczące polityki międzynarodowej, obronności i wielu innych spraw. Jednakże pewnie, jak siedziała w Polsce w knajpce i zjadała lasagne ze szpinakiem, w towarzystwie np. siostry czy kuzynki, to kwiaciarka omijała ją szerokim łukiem.
Jest też druga strona medalu. Robiący zakupy mężczyzna, z pewnością nie załapie się w centrum handlowym (o bogowie, co za nazwa) na promocję np. olejku dla niemowląt. Też będzie niewidzialny. Mogę się założyć. Bo najprościej jest zakładać, że ludzie dzielą się na tych z menstruacją i tych bez. Wtedy świat jest naprawdę prosty i uporządkowany. Słońka i Pawian obejdą się smakiem. Kwiatków nie będzie. Chyba, że nam je kupi jakiś przystojniak. Co nie oznacza, że Pawian nie przyjmuje kwiatów. Jakby taki Ed Harris mu kupił, to dlaczego nie… Albo Ralph Fiennes. Pawian by nie wybrzydzał.
PS. Nie chodzi też o to, że Pawian jest sfrustrowaną niedopchniętą feministką. Łasic jest bowiem z tych, co kupują kwiaty. Perfumy. Biżuterię. Kabanosy. I wiele innych rzeczy. Chodzi o zasady.

http://www.youtube.com/watch?v=bX4aY78cc98

Opublikowane w: on maj 6, 2009 at 7:27 pm Komentarze (17)
Tags: ,

Statystyczny Zdzisław, czyli życie nie takich znów dzikich

Mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie.
(Julian Tuwim)

Statystyczny Zdzisław był Jezusem. Miał cztery lata, jasne loki i jechał na jasełka w wózku ciągniętym przez dwa aniołki. Ten incydent ukształtował całą jego dalszą drogę. Nie mogło być inaczej. Statystyczny Zdzisław jest typem mocno fallicznym, a to znaczy, że wyciąga fallusa i twierdzi. Oczywiście przerywa każdemu, kto otworzy usta. Dlaczego? To elementarne drogi Watsonie, bo jest Statystycznym Zdzisławem. Spadłaś z drabiny? On też, ale z wyższej. Usunęli ci śledzionę? Jemu też wycieli, ale dwie, na dodatek na żywca. Jadłaś smaczny makaron? Nawet nie dodasz, że w Kantonie, bo już Statystyczny Zdzisław opowiada mrożącą krew żyłach historię makaronową. Statystyczny Zdzisław nie ma wątpliwości, on twierdzi i oznajmia. Gdy Słońka mówi, że faktem są niższe płace kobiet w sektorze prywatnym, Statystyczny Zdzisław mówi, że coś w tym jest i pewnie dlatego, że gorzej pracują.
Gdybym nie siedziała ze Słońką, to bym przegryzła tętnicę Statystycznego Zdzisława. Jednakże w towarzystwie Słońki mam tylko dobry humor. Ona wie, dlaczego nie ściągnę czarnych okularów. Czynię to dla jej bezpieczeństwa, bo każde łypnięcie spowodowałoby narastanie włochatej kuli śmiechu w gardle.
Statystyczny Zdzisław jest konkretem. Ceni rzeczywistość, a ironia, metafora, tatuaże i nonsens powodują, że czuje się zakłopotany. A może nie jest zakłopotany, tylko zdumiony naszą indolencją? Naszym niefrasobliwym podejściem do rzeczywistości? A może krępuje go brak konkretu? Och! Statystyczny Zdzisław jest mocny w konkretach. Precyzyjny do bólu, bowiem, gdy słyszy tekst:
- Zdzisław nie pije, bo jest samochodem – oznajmia, iż nie jest pojazdem mechanicznym, tylko mężczyzną, jakby ktoś miał wątpliwości, albo akurat nie dostrzegł fallusa z dumą prezentowanego na stole wśród rodzinnej porcelany.
Statystyczny Zdzisław myśli o sobie poważnie i dlatego pragnie, a w zasadzie oczekuje, że inni też będą go tak traktować. Moje teksty o tym, że pure ziemniaczane zatyka synapsy, wzmocnione potaknięciem Słońki i zdaniem z mocno zaakcentowanym pierwszym wyrazem („Wszyscy to wiedzą”) uznaje za nietakt. Brak poczucia humoru Statystyczny Zdzisław rekompensuje sobie władczą postawą i zdaniami oznajmującymi:
- Nie mam widelca.
- To trzeba jeść nożem.
- Korki wybiło.
- Nie będę już tego pił.
Gdy Statystyczny Zdzisław dostrzega, że nikt nie pójdzie po widelec, po nóż, albo nie wkręci korków, robi to sam. Z namaszczeniem. Unosi się z fotela i idąc krokiem, o którym Słońka mówi, że jest sposobem poruszania się wokół własnych jąder, kieruje się z marsową miną na z góry upatrzone pozycje. Naruszona właśnie została integralność Statystycznego Zdzisława, który ze zdziwieniem przyjmuje fakt, iż został pominięty. Jak można? No jak można? Żeby nie zwrócić uwagi na to, że on nie ma widelca? Bierze widelec i z namaszczeniem wraca. Nawet nie rzuci okiem na grilowane skrzydełka, bowiem Statystyczny Zdzisław zajmuje się logistyką, systematyką, analizą, a nie jakimś durnym pichceniem. O, gdyby musiał, to by gotował. Świetnie by gotował, ale wówczas to by się nie nazywało „gril na działce”. Wtedy to by była sztuka kulinarna. Do swojej lekarki Statystyczny Zdzisław mówi „pani Małgosiu”, wszak jest to forma czuła, jak sam uważa i pełna szacunku wobec płci pięknej. Statystyczny Zdzisław to wie, bo był w lotnictwie, a tam nauczył się dyscypliny i pokory. Albo czegoś równie pożytecznego.
Statystyczny Zdzisław jest fascynującym obiektem badawczym.
Silny i piękny, zagorzały zdrowy,
Grzany słonecznym upałem południa,
Idzie Mężczyzna! Mężczyzna!! Mężczyzna!!!
I wyciągają się kobiece ręce,
I rozwierają się kobiece nogi,
Wznoszą się piersi głębokim oddechem
I rozszerzają się okrągłe biodra,
I patrzy w słońce Łono Kobiecości…
(…)
Święte wzruszenie ogarnia mu duszę
I szybko kroczy, i ciężko oddycha,
Jak Bóg radosny…
I oto wznosi się w nim Duch Świetlisty,
I oto żądza cudna go ogarnia,
I zwierzę chutne, i instynkt odwieczny
Ku niej go ciągnie…
I pięknie, potężnie wznosi się do góry
Fallus, męskości święta doskonałość!
(Julian Tuwim)

PS. Proszę nie mylić Statystycznego Zdzisława ze Zdzisławem Siuśkiewiczem, który jest córką Zośki.

Futuryzacja życia, czyli komu nuż w bżuch chociaż na chwilę?

http://wyborcza.pl/1,75478,6534671,IPN_pali_Jasienskiego.html
http://wyborcza.pl/1,75248,6537103,IPN_przyznaje_sie_do_bledu___Jasienski_OK.html

Jednodńuwka ipeenowcuw

7. Przekreślamy logikę jako mieszczańsko-burżuazyjną formę umysłu. Każdy artysta ma prawo i jest obowiązany stworzyć swoją własną autologikę. Za zasadnicze cechy każdej poszczególnej łogiki uważamy: błyskawiczne kojarzenie rzeczy pozornie dla logiki mieszczańskiej od siebie odległych; dla skrótu drogi pomiędzy dwoma szczytami – skok przez próżnię i salto mortale.
Z pewnością nie każdy artysta, ale także i historyk, a szczególnie już taki z IPN. No co? Salto mortale, bo znudził nas już Charlie Chaplin, Lech Wałęsa, Platon i Plotyn, chociaż z gilotynami to już bym polemizowała. Nuż w bżuch każdemu, kto tej autologiki nie rozumie. Słowiki i róże już na nas nie działają. Nuż w bżuch i salto mortale raz jeszcze, aż do skutku.
Bezwzględna wartość dzieła sztuki waha się pomiędzy 24 godzinami a miesiącem.
Ciekawa jestem jaka jest wartość bezwzględna opinii wydanej o pisarzu przez IPN. Odpowiadać nie trzeba, bowiem jak widać już nastąpiła zmiana tejże. Wiwat manifest Jasieńskiego. Toż to profetyzm futurystyczny. I jaka zabawa, gdy widać, że właśnie jego słowa stają się ciałem.
No cóż, myślałam, że po podziałach Polski na gombrowiczowską i sienkiewiczowską już nic głupszego nam się nie przytrafi. Jak zwykle myliłam się. Tak, Jasieński był komunistą, na dodatek edukowanym w Moskwie. Żeby jeszcze było gorzej, to napisał nawet powieść socrealistyczną, był członkiem partii komunistycznej i w Paryżu mu się nie podobało. Na dodatek przyjął obywatelstwo rosyjskie, bywał u Jagody i pisał takie teksty jak „Dobić wroga klasowego” i jeszcze chwalił przemianę duszy radzieckiego człowieka budującego kanał Bałtycko-Białomorski. A na koniec został aresztowany i zastrzelony w jednym z obozów. Nawet w tym samym – podobno – co Osip Mandelsztam. Żonę Jasieńskiego też aresztowano, ale nigdy nie przestała być komunistką. A ich syn, gdzieś poniewierał się między jednym a drugim dietdomem. Z tego życiorysu jaskrawe wynika, że ktoś taki swojej ulicy w Polsce mieć nie może. Bo komunista, któremu słusznie należała się za głupotę kula w łeb, bo w sumie to zginał w wyniku partyjnych przepychanek. No tak…
Tylko białe posągi, strojne w swoją kamienność,
Stoją zawsze “na miejscu”, niewzruszenie correct.
Poeta zginął w czasie stalinowskich czystek, a teraz ktoś wpada na pomysł oczyszczenia zeń ulic. Dla jednych jest to konieczność dziejowej sprawiedliwości, dla innych chichot historii, a jeszcze dla innych futurystyczny gest odrzucenia przeszłości i tradycji, chociaż ci, co się chociaż na futuryzmie znają złośliwie się mogą wykrzywić i powiedzieć, że jest to „policzek powszechnemu smakowi”, ale czy rzeczywiście… powszechnemu?
Teraz jestem słoneczny, siebiepewny i rad.
Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach,
Stawiam kroki milowe, zamaszyste, jak świat.
Nie dziwi mnie już nikt, kto skarży się, że „ujrzał świński ryj we fraku”, bo to jest właśnie logika naszych czasów. Zawsze można powiedzieć, że się pomyliliśmy, że przepraszamy, że poeta wielkim był i ma zachwycać. Rano stalinista, wieczorem ważna postać polskiej kultury. Słońce wschodzi i zachodzi, oczywiście nic się nie stało. Nie ma co się żołądkować, szczególnie z nożem w brzuchu. Rzeczywiście, szef IPN-u przeprosił za nadgorliwość swoich podwładnych i cała sprawa się kończy. Owszem, ale ja dostrzegam futurystyczny aspekt tej sprawy.
I zatańczą nonsensy po ulicach, jak ongi
Gdzie jest granica politycznej gorliwości? Gdzie jest granica nonsensu? Gdzie jest granica przyzwoitości ludzkiej? Gdzie jest granica mózgu myślą nieskalanego?
Tłumie,
coś mnie okrążył i chciał bić laskami,
czemuż stoimy.
Niech poeci idą do nieba.
PS. Wszystkie cytaty pochodzą z manifestów i tekstów poetyckich Brunona Jasieńskiego.
PS 2. Nadal chora – rzuciło mi się na oskrzela.

Opublikowane w: on kwiecień 24, 2009 at 8:28 pm Komentarze (12)
Tags: ,

Pawian chory, czyli bez “czyli”

Pawianowi rzęzi w gardle, to pewnie rzeżączka. A poza tym ma trąbę zamiast nosa i dlatego dziś niczego nie będzie… To znaczy będzie, ale nie tu. Pawian poleca:

http://sporothrix.wordpress.com/2009/04/21/byc-kobieta-ale-jaka-czyli-tesknoty-meskiej-duszy/

Opublikowane w: on kwiecień 22, 2009 at 1:13 pm Komentarze (8)
Tags:

Koleżanka, której nigdy nie miałam, czyli wspomnienia z niepamięci

Zdawało jej się… różne przecie
Marzenia się dziewczynom roją

(Icyk Manger)

 

 

Nie wiem, jakby mogła mieć na imię. No nie wiem, bo nigdy jej nie było. Moja mama mogłaby znać jej mamę, a może babcia – babcię. To chyba nie ma żadnego znaczenia. Miałabym koleżankę. Może miałaby warkoczyki jako dziecko? Może nosiłaby w nich różowe wstążki? A może zielone? Może grałaby na fortepianie i razem występowałybyśmy w duecie? Pod stodołą cioci Mani opowiadałybyśmy sobie o naszych pierwszych miłościach. W sadzie cioci Mani szukałybyśmy zagubionego białego kociaka i wpadałybyśmy w dziury wykopane przez królika-uciekiniera.

Mogłybyśmy skakać w gumę pod oknami jej mieszkania, mogłybyśmy się kłócić. Mogłybyśmy siedzieć na drzewie bawiąc się naszymi misiami. Mój miał na imię Niua, jej mógłby być Kubą. Pewnie byłby ciemnobrązowy. Moja babcia haftowałaby dla mojej koleżanki sukienki, tak jak dla mnie, bo byłybyśmy nierozłączne i wszystko chciałybyśmy mieć takie samo.

Pewnie chodziłybyśmy potem do tego samego liceum i siedziałybyśmy w tej samej ławce, podobnie zbuntowane, podobnie wątpiące i kontestujące wszystkie aksjomaty tego świata. Może odrabiałaby za mnie zadania z fizyki? A ja bym pisała jej wypracowania? A może to ona pisałaby wiersze, a ja bym zazdrościła, że ona to potrafi? Pod ławką czytałybyśmy powieści, wiersze, obie tak samo znudzone przeskakującymi po orbitalach elektronami. A może ona byłaby zafascynowana chemią? Kto to wie…

Chodziłybyśmy do jej ciotki na najlepszy czulent w mieście. Paliłybyśmy papierosy siedząc na ławce niedaleko teatru. Popierałaby moje wybory, a ja byłabym wobec niej lojalna. Lubiłaby Łasica i mówiłaby, podobnie jak ja, że przy Łasicu Tadeusz Mazowiecki to nieodpowiedzialny nerwus. Ja lubiłabym jej partnera, albo partnerkę. Gdyby miała dzieci chodziłybyśmy z nimi na plac zabaw. Wyśmiewałaby mój idealizm, moje pryncypia, a ja mrużąc oczy, czekałabym na podobną okazję. Och, z pewnością byłaby tak złośliwa jak ja. Z pewnością nie byłaby taką choleryczką, bo wówczas nasze spory kończyłby trzask rozwalanej porcelany. Miałaby ładne dłonie i piękne włosy. A jeśli byłoby inaczej? No to co?

Przywoziłabym jej różne rupiecie z moich podróży. Miałaby pierdyliardy macedońskich ikon i tony kamyczków z różnych plaż. A może nie? Pewnie nie, bo ja zawsze zapominam o prezentach. W związku z tym nigdy nie oczekiwałaby mnie w dniu swoich urodzin, czy imienin, bo i tak by wiedziała, że zapomniałam. Może byłaby zła z tego powodu? Może byłoby jej przykro? Pewnie nie, bo wiedziałaby, że ja po prostu nigdy nie wiem, jaki jest dzień. Ona nie odwiedzałaby mnie w szpitalu, bo wiedziałaby, że tego nie znoszę. Jeździłaby na rowerze, a ja kupiłabym jej wiklinowy koszyk. Ot tak, kiedyś na wiosnę.

Chodziłybyśmy razem na basen, zawsze we wtorki i piątki. Wieczorem, a potem piłybyśmy herbatę u niej w kuchni, a może w mojej kuchni. Miałaby u mnie swój kubek i byłaby wściekła, gdyby ktoś inny z niego pił. Wówczas cedziłaby tak śmiesznie przez zęby: “ktoś pił z mojego kubeczka”. Tak mogłoby być. Mogłoby tez być zupełnie inaczej. Siedzę na schodach synagogi Izaaka i zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie. I jej życie.

Siedzę tam dość długo, że aż bileter wychodzi i życzliwie zadaje pytanie na kogo czekam. Odpowiadam, że na koleżankę. Siada obok i chyba zaczyna mnie pocieszać, że pewnie są korki, że może jeszcze przyjdzie. Wstaję, otrzepuję spodnie, biorę do ręki tomik poezji. Mówię mu: Nie, nie przyjdzie… Radzi mi zadzwonić. Gdybyż to było takie proste. Nie wiem, jaki jest numer telefonu koleżanki, której nigdy nie miałam. XX wiek dał nam tyle wynalazków, tyle możliwości. XX wiek, takim jak moje nieistniejąca koleżanka przyniósł Zagładę. I już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą. A moja koleżanka nigdy się nie urodziła. Co pozostało z niej, z potencjalnej możliwości osoby, której przez splot wydarzeń, przez ambicję jednego chorego malarzyny z kabotyńskim wąsikiem, nie dane było ziścić swoich marzeń? Nie kładę kamienia, ale szepcę przekonana, że mogłaby to usłyszeć: róża jest różą, jest różą, jest różą…

19.04.1943

dscf3692

 

Opublikowane w: on kwiecień 19, 2009 at 8:06 pm Komentarze (17)
Tags:

Na naszej uczelni słońce jasno świeci, czyli „idzie nowe”

- A więc, moi panowie – dodaje radca zapuszczając palec między kołnierzyk a kark kładący się na nim fałdą tłustej skóry więc możemy zaczynać!

- Tak, tak! – odzywają się ponownie głosy. Ale pan radca, świeży urzędnik z wyborów, nie lubi tracić sposobności do małych przemówień, które by gruntowały popularność jego. Chrząka tedy i oparłszy obie dłonie na pulpicie swego biurka tak rzecze:

- Wiadomo panom, jak opiekuńcze są ustawy gminy. Wiadomo panom, że gmina nie, dozwala cierpieć nędzy żadnemu z członków swoich. Ociera łzy, odziewa nagich, karmi głodnych, bezdomnym daje dach nad głową, słabych wspiera.

(Maria Konopnicka)

 

Nie wiem, kiedy to się dokładnie zaczęło, ale fakt, że idzie nowe, stał się jaskrawo widoczny w dniu, gdy Pawian dostał dwie pieczątki. Ktoś, kto wpadł na pomysł, by dać Pawianowi takie przedmioty, z pewnością nie przemyślał zbyt dokładnie swej decyzji. Pawian jeden stempelek zgubi, a drugi zepsuje i tak się skończy jego wielka kariera urzędnicza. Co natychmiast mi przypomniało przygodę z dzieciństwa. Miał ci nasz Pawian w czasach szczenięcych pieczątkę z pieskiem, dokładniej mówić był to buldog z piłeczką. Ba, nawet miał nasz bohater pudełeczko z tuszem, co powodowało, że okresowo był wypaćkany “na zebrę”, a czasem nawet “na pandę”, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo pawiańscy rodzice wychodzili z słusznego skądinąd założenia, że jak nie ubrudzi się tym, to czymś innym. I tyle.

W każdym razie proszę wyobrazić sobie małego Pawiana, który z torbą pełną książeczek, kredek, zeszycików i innych tajemniczych przedmiotów (w tym pieczątką) udał się ze swą mamusią do jej miejsca pracy. Pawiańska matka pracowała wówczas w bibliotece pewnej instytucji naukowej. Pawian był dumny i blady, że został zabrany w tak WAŻNE, z punktu widzenia pięciolatki, miejsce. Grzecznie rysował, czytał i mrugał rzęsami, gdy kolejni ludzie mówili: Pani mamo Pawiana, ależ pani ma ładną małpkę.

Oczywiście ta fraza należy do sytuacyjnego decorum i nie należy jej brać dosłownie, nawet jeśli założy się naiwnie, że wszystkie dzieci są nasze. Pewna pani, o sancta simplicitas, uznając że mały Pawian jest taki grzeczny, to pokaże mu instytucję. Pawian poszedł, ale zaznaczmy, że w kieszonce na brzuszku miał pieczątkę i pudełeczko z gąbką nasączoną tuszem, fioletowy on był, a jakże. Pani pokazała Pawianowi laboratoria, a w nich mikroskopy oraz preperaty. Pawian był podniecony i zafascynowany. Potem Pawian zobaczył odczynniki. Potem pokazała Pawianowi sale wykładowe i jednego profesora, co dłubał w nosie. Potem zaprowadziła Pawiana do magazynu, gdzie dostał biały fartuch sięgający mu do pięt. I tu Pawian poczuł się ważny, o jak bardzo ważny. Na samym końcu Pawiana zaprowadzono do jakiegoś działu, gdzie dostał ciasteczko. Powiedziano mu, że ma jeść ciasteczko, bo oprowadzająca go pani musi zadzwonić. No to siedział… przez 30 sekund, bowiem, tak jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, to także nikt nie powinien się spodziewać, że Pawian będzie na dupie siedział. Ciasto zjedzone. Nuda. Nic się nie dzieje. Pawian podstemplował więc pieczątką z buldogiem jakieś papiery…

Po miesiącu okazało się, że to były bardzo ważne papiery i instytucja, która je otrzymała, była obrażona. No czym? Mili Państwo, z powodu jednego buldoga, takie aj-waj robić? A poza tym nie były widocznie takie ważne, skoro nikt nie zauważył działania naszego bohatera, tego aktu sabotażu dokonanego w instytucji wysyłającej.

Morał z tego taki, no chyba jasne – tłumaczyć nie trzeba. Pawian sprytnie nie opowiedział tej historii w swoim miejscu pracy. Idzie nowe, trzeba się przystosować. Kłopoty nie tylko wiążą się z tuszem. Bywają większe.

Cała administracja boryka się z jakimś potworem, dlatego też podpisanie jednego papierka graniczy z cudem, a wydobycie kasy, na jakże przyjemną konferencję wielbicieli starych papierów odbywająca się np. w Berlinie kojarzy mi się z jugosłowiańską partyzantką. Okopani w górach – czekamy na ruchy przeciwnika. Z drugiej strony jest zabawnie, bo Pawian bawi się brzytwą Ockhama (a mówili, nie dawaj brzytwy małpie), przy wielkim popiskiwaniu niezadowolonych. Mój kolega Julien próbował zrobić tak samo, tylko odwrotnie i przydzielił Pawianowi jakieś dziwne przedmioty typu: “jazda na monocyklu między zwałami książek” oraz “jedzenie papieru w warunkach ekstremalnych”. Pawian złożył oficjalny protest, bowiem jest pieniaczem i cholerykiem, a jednocześnie pieprzonym legalistą.

Żeby było jasne, to Pawian nie pracuje w zespole zwolenników tezy, że wystarczy, jak studenty będą znali alfabet. Raczej chodzi o to, żeby nie uczyli się ogólnej teorii niczego. Jednakże jak im wytłumaczyć, że humanista fificzny to jest fach jak ta lala, ale trzeba myśleć? Na razie studenci postulowali na zabraniu, że chcieliby, tak widzi to Pawian, uczyć się w Wyższej Szkole Jazdy na Wielbłądach. Bo chcą mieć fach w ręku i kasiorę w kabzie. Najbardziej rozbawił Pawiana postulat (na wspomnianym zebraniu), że powinniśmy uczyć pisania CV. Najpierw zarechotał nasz Pawian jako ta żaba, a potem się wydarł. Skutek – żaden. I ta wszechobecna fraza: rynek pracy. Jak ktoś mi odpowie, jaki fach fificzny, będzie potrzebny na tymże rynku za cztery lata, to go ozłocę. Na razie, w tym nowym co przyszło, niewiele osób rozumie, że humanista fificzny to człek, który jest wykształcony, oczytany i inteligentny, a także twórczy. Dlatego będzie umiał się przystosować do potrzeb rynku. Może zmieniać zawody jak rękawiczki. Bo jest HUMANISTĄ, do jasnej Anielki. Trzeba wykorzystywać swoje atuty, ale najpierw trzeba wiedzieć, że się je ma. W końcu pochodzimy od ssaków mezozoicznych. Gdyby one nie umiały znaleźć się na rynku, to historia ludzkości wyglądałaby diametralnie inaczej. Humanista łatwo się przystosowuje, bowiem zna mechanizmy przetwarzania zdobytych informacji. A jeśli ktoś chce mieć zapisane na dyplomie np. specjalista – zjadacz papieru, to niech się nie dziwi, że go nie chcą w archiwum druków zwartych. Jakby miał tam fifik, to by go przyjęli. Ot, mityczny rynek pracy, pojęcie chętnie używane przez ministerstwo, jak i niezbyt lotnych dziennikarzy, którymi RYNEK PRACY jest zawalony. Szczęście wielkie – nie ja ich uczę, dlatego śpię spokojnie. Gdyby było inaczej, to bym miała wyhodowane wyrzuty sumienia tak wielkie jako kurdle. A tak na marginesie… Gdzie jest moja pieczątka?

 

 

Opublikowane w: on kwiecień 17, 2009 at 11:07 am Komentarze (18)
Tags: ,